Komercyjna kiełbasa wyborcza

Jestem dość stary, aby pamiętać różne rzeczy z przeszłości. Na przykład tabliczki rejestracyjne dla rowerów oraz rejestr prywatnych maszyn do pisania. O ile rejestrowanie rowerów miałoby dziś sens (utrudniłoby złodziejom działalność, gdyby numer rejestracyjny wybity był na ramie), o tyle rejestrowanie komputerów osobistych zakrawałoby na paranoję.

Jestem dość stary, aby pamiętać różne rzeczy z przeszłości. Na przykład tabliczki rejestracyjne dla rowerów oraz rejestr prywatnych maszyn do pisania. O ile rejestrowanie rowerów miałoby dziś sens (utrudniłoby złodziejom działalność, gdyby numer rejestracyjny wybity był na ramie), o tyle rejestrowanie komputerów osobistych zakrawałoby na paranoję.

I tak same rejestrują się na sieci poprzez numer IP oraz tzw. MAC (nie mylić z komputerem Macintosh; Media Access Control to unikalny numer każdej karty sieciowej). Wielki Brat nie musi już wysilać się, może nas śledzić nie ruszając się od biurka. Jest jednak pewien wynalazek z minionych czasów, który niespodziewanie zrobił karierę w zupełnie innej sferze niż ta, dla której został wymyślony. Myślę o kiełbasie komercyjnej.

Młody Czytelnik wzruszy pewnie ramionami - w Polsce XXI wieku każda kiełbasa jest komercyjna, tak jak komercyjne są sery, ubrania, komputery i co tam jeszcze sprzedają w megasklepach. Jednakże istota kiełbasy komercyjnej zasadzała się na tym, że w czasach pustych półek była ona w ogóle dostępna. W specjalnych sklepach i za większe pieniądze. Dzisiejszy odpowiednik kiełbasy komercyjnej to np. strony internetowe blokowane tylko dla subskrybentów. Kiełbasa popularna zaś to zwyczajne strony, wypchane papierem toaletowym - nie, ten dodawano do parówek niekomercyjnych - a więc wypchane po brzegi reklamami. Aby nie być gołosłownym, polecam zajrzeć na stronę czasopisma, które właśnie Państwo czytacie. Redakcja nie jest zachłanna, bo w pierwszej odsłonie jest tylko kilka elementów reklamowych, wśród nich sporo autoreklamy. Ale już zajrzenie do treści numeru ujawnia liczne czerwone znaczki-kłódeczki - dostęp tylko dla prenumeratorów. Na szczęście felietony, także moje, są otwarte dla wszystkich. Ciekawe, dlaczego?!

Prawdziwą orgię reklamy spotyka się w portalach oraz na stronach dzienników ogólnokrajowych. Można powiedzieć, że im kto ma większą popularność, tym bardziej zaśmieca swoje strony internetowe. Ma to sens: skoro ludzie chcą oglądać informacje, no to dlaczego nie sprzedać ich czasu reklamodawcom? Na świecie myślenie komercyjne ma swoje ograniczenia. Na przykład publiczna BBC http://news.bbc.co.uk/ nie ma na swojej stronie w ogóle reklam, bo żyje z abonamentu. Zgadli Państwo, TVP http://tvp.pl/ ma oczywiście banner reklamowy, migający aż miło, choć kiedy go oglądam to reklamuje tylko popularny serial, czyli de facto reklamuje reklamy, które w tym serialu Telewizja Polska sprzedała za drogie pieniądze. Czysta kiełbasa komercyjna.

Jednak nie czepiałbym się TVP, bo ich strona i tak jest spokojna. Proszę zajrzeć na stronę portalu Onet http://www.onet.pl/ . Nie dość, że miga gdzie się da, to jeszcze wybranie dowolnej informacji powoduje pojawienie się nakładki z ukrytym kwadracikiem wyłączenia. Jakże różna strategia reklamowa w porównaniu ze wspomnianym w jednym z poprzednich felietonów portalem Google http://www.google.com/ , gdzie na wejściu w ogóle nie ma reklam, zaś potem bannery pojawiają się tylko po prawej stronie, a więc łatwo można ich unikać. Wiem, Google zarabia na kolejności informacji pokazywanych w wyszukiwarce. Ale dla mnie jako dla konsumenta ten model jest znacznie łatwiejszy do zniesienia, bo oglądam tylko reklamy tego, co mnie interesuje, nie zaś sprzedawców, których stać na opłacenie najbardziej nachalnego sposobu reklamy. Kiedy w Google wpiszę "kielbasa", to oczywiście pierwszy odnośnik będzie do sklepu, który za to zapłacił (nb. z San Francisco, nie wiedziałem, że w Kalifornii fiksującej na punkcie zdrowia ktoś jada polskie kiełbasy), ale już drugi będzie darmowym przepisem, jak zrobić kiełbaskę.

Tymczasem na stronie Onetu wybranie informacji np. o Benedykcie XVI powoduje pokazanie się w środku tekstu reklamy tanich połączeń telefonicznych. Niestety, nie ma bezpośredniej linii do Pana Boga, a przydałaby się, aby poinformować Go, że powinien zagrzmieć. To jednak i tak nic w porównaniu z portalem "Gazety Wyborczej" http://www.gazeta.pl/ , który reklamy miesza z informacjami aż miło. Na przykład zwiastun tekstu o pożytkach z wejścia Polski do Unii Europejskiej sąsiaduje z reklamą telefonów komórkowych - dla nieuważnego oglądacza oba bannery niczym się nie różnią. Sama zaś "Gazeta Wyborcza", czyli dziennik, swoją stronę internetową sprzedała reklamodawcom http://serwisy.gazeta.pl/wyborcza/ tak samo, jak im sprzedaje metry kwadratowe papierowego wydania. Osobiście wolę model NYT http://www.nytimes.com/ , który wymaga darmowej rejestracji dla dostępu do treści artykułów, pozostawiając łatwo usuwalne reklamy (guzik "Skip") tu i ówdzie. Jak rozumiem, NYT żyje z wydania papierowego, w którym reklam jest znacznie więcej. Podejrzewam, że sprzedaje adresy mailowe osób, które się zarejestrowały, ale udowodnić tego nie potrafię (dostaję tyle spamu, że trudno byłoby wśród niego wyłowić ten pochodzący z Nowego Jorku).

Można zapytać, dlaczego o tym wszystkim piszę na łamach czasopisma komputerowego, a nie specjalistycznej gazetki reklamowej? Ano dlatego że za szaleństwa wizualne polskiego Internetu odpowiadają projektanci. To oni zaprzęgli do pracy wszelkie możliwe wynalazki technologiczne: flash, shockwave, animowany gif i co tam jeszcze wymyślono. Wystarczy w przeglądarce zablokować wtyczki internetowe, a nagle okaże się, że ruchliwe i aktywne strony stają się puste. Podobno rozwój technologii jest napędzany przez rozrywkę. Rzeczywiście, internetowe strony pornograficzne są bardziej wyrafinowane, gdy chodzi o zastosowane technologie - nie, nie podam Państwu żadnych odnośników, bo przecież każdy potrafi je odnaleźć bez specjalnych kłopotów, prawda? Tyle tylko, że nie samym seksem człowiek żyje, choć bez seksu nie byłoby nas w ogóle. W związku ze zbliżającymi się w Polsce licznymi wyborami (prezydenckie, sejmowe, samorządowe), z doświadczeń pornografów powinni skorzystać politycy. Ostatecznie akt seksualny nie różni się wiele od aktu wyborczego (oba mogą mieć złe konsekwencje). Projektanci internetowych stron partii politycznych mogliby wiele nauczyć się od profesjonalistów z branży rozrywkowej. Wystarczy popatrzeć: http://www.psl.pl/ , http://www.sld.org.pl , http://www.lpr.pl/ , http://e-pis.k2.pl/ , http://www.platforma.org/ - wszystkie te strony są statyczne, przegadane, nudne i w okropnych kolorach. Żadna kiełbasa wyborcza, na pewno zaś nie komercyjna. Pasztetowa?


Zobacz również