Lepiej gotować niż uzbrajać

Amerykański przemysł zbrojeniowy wcale nie zarobi na wojnie z Irakiem tak dużo, jak się powszechnie sądzi – przewiduje The Economist.

Kiedy 20 marca wybuchła wojna, fabryka Boeinga dostała kontrakt z Departamentu Obrony na dodatkowe 690 mln USD, na urządzenia, które zmieniają zwykłe bomby w broń sterowaną drogą satelitarną. Jednak nie było to niespodziewane zamówienie, gdyż takich zamówień nie realizuje się z dnia na dzień. Boeing niedawno otworzył nową fabrykę i podwoił możliwości produkcyjne, a Pentagon „zakochał się” w broni z GPS.

Wielkie pieniądze dla firm z sektora przemysłu zbrojeniowego, takich jak Lockheed Martin, Boeing, Raytheon czy Northrop Grummon, zawsze pochodziły z długoterminowych gigantycznych kontraktów np. na lotniskowce czy samoloty bojowe. Wymiana uzbrojenia używanego w konflikcie z Irakiem będzie dla tych firm raczej krótkoterminowym zarobkiem.

Lżejsze i bardziej elastyczne operacje militarne w Zatoce mogą oznaczać odchodzenie od zmasowanych uderzeń w stronę walki wspieranej nowoczesnymi technologiami. Prawdziwą lekcją z drugiej wojny w Zatoce może być, iż mniej (jeśli połączone cyfrowo) oznacza więcej. A jeśli taka tendencja się utrzyma, tradycyjnych dostawców broni czeka ogromna zmiana.

To nie wszystkie zmartwienia przemysłu zbrojeniowego. Dodatkowe wydatki na wojnę – 62,6 mld USD, które zapowiedział George Bush, a Kongres ma uchwalić w trybie „pilnym”, mogą doprowadzić do załamania budżetu w późniejszym terminie. A to z kolei może prowadzić do zmniejszenia zamówień np. na samoloty bojowe (takie jak F-22, czy F-35). Donald Rumsfeld już zapowiedział, że będzie starał się znaleźć dodatkowe oszczędności. Nie będzie to trudne, pierwszy z brzegu przykład - amerykańskie siły powietrzne posiadają o jedną czwartą baz więcej, niż rzeczywiście potrzebują.

Z 62,6 mld USD dodatkowego budżetu wojennego, tylko 3,7 mld USD przeznaczone jest na wymianę zużytego uzbrojenia, a 2,8 mld USD na dostawę innej broni. Zdaniem Tassosa Philippakosa, analityka z agencji Moody’s, dla firm zbrojeniowych nadchodzące uderzenie jest czynnikiem jedynie „umiarkowanie pozytywnym”.

Największy wydatek – 30 mld USD, to transport oddziałów żołnierzy oraz sprzętu na wojnę (wliczona jest w to cena biletu powrotnego). Dodatkowe koszty, związane z utrzymaniem armii Pentagon szacuje na 15 mld USD. Zaś budżet przygotowany na ten rok, jeszcze bez uwzględniania kosztów konfliktu z Irakiem, zakładał jedynie 40% z 379 mld USD na „operacje i utrzymanie armii”, a mniej niż 20% przeznaczone miało być na zakup nowej broni.

Najlepszym dowodem na to, że sytuacja ekonomiczna tradycyjnych dostawców uzbrojenia wcale nie poprawiła się gwałtownie wraz z wybuchem wojny, jest sytuacja na rynku akcji. Akcje spółek sektora przemysłu zbrojeniowego poruszają się w rytm notowań pozostałych papierów, i w tym tygodniu towarzyszył im trend spadkowy. Wybuch wojny nie oznacza gwałtownego wzrostu zamówień na samoloty bojowe, okręty marynarki wojennej czy czołgi. Takie zamówienia zawsze rozłożone są na wiele lat. Prawdziwy boom notowań spółek przemysłu zbrojeniowego nastąpił po 11 września 2001 r., kiedy było wiadomo, że wydatki na obronę muszą zostać zwiększone (np. akcje Lockheed Martina poszły wtedy w górę o niemal 80%).

Wysyłanie armii na drugi koniec świata do walki w „nowoczesnej” wojnie jest kosztowne – wymaga środków transportu, rozwiązań IT, rozwiązań logistycznych, rzeszy specjalistów. Może to być dobry interes, ale nie dla wielkich producentów broni, a raczej dla firm typu Halliburton (zajmującej się dostawą paliwa, i zarządzaną niegdyś przez obecnego wiceprezydenta Dicka Chenney’a), czy CSC DynCorp, specjalizującej się w dostarczaniu rozwiązań IT do zarządzania np. dystrybucją żywności do kuchni polowych.

W porównaniu z poprzednią wojną z Irakiem, liczba amerykańskich jednostek wojskowych na froncie zmalała o 32%. The Economist nazywa tę wojnę „sprywatyzowaną”, ponieważ 10 pracowników cywilnych przypada na 100 żołnierzy wysłanych na Bliski Wschód. Jest to dziesięciokrotnie więcej niż 12 lat temu. To urządzenia kuchenne przynoszą prawdziwe pieniądze w tej wojnie – podsumowują publicyści tygodnika.

Na podstawie artykułu z The Economist „Military-industrial complexities”


Zobacz również