Linux przez najbliższe pięć lat nie odbije się od dna

System Linux jest otwarty, nieporównywalnie mniej atakowany przez złośliwe oprogramowanie niż konkurencyjny płatny Windows oraz znacznie łatwiejszy w obsłudze niż kiedyś. Jego obecność na naszych domowych komputerach jest jednak praktycznie niezauważalna, który to stan według analityków nie powinien ulec zmianie przez najbliższe kilka lat. Dlaczego tak się dzieje?

Linux zdominował już rynek smartfonów dzięki ogromnej popularności systemu Google Android (zgarnął w 2011 roku blisko 51% rynku). Bardzo dobrze wypada również w segmencie serwerów, szczególnie tych najbardziej wydajnych oraz odpowiadających za usługi w chmurze. Potwierdzają to dane firmy analitycznej IDC, z których wynika, że linuksowe serwery wygenerowały w poprzednim roku ponad 18% wszystkich przychodów z serwerów.

"Pecetowych" sukcesów brak...

Jeżeli jednak chodzi o rynek "zwykłych" komputerów PC, pozycja Linuksa jest bardzo słaba i będzie słaba jeszcze przez kilka najbliższych lat. Tak przynajmniej prognozuje firma IDC, według której udział tego otwartego systemu nie przekroczy na tym rynku przez najbliższe 5 lat poziomu 2%.

Dlaczego tak się dzieje?

Aby spróbować odpowiedzieć na to pytanie, należy według analityków rozważyć następujące kluczowe czynniki.

I Koszty

Dystrybucję Linuksa możemy zdobyć za darmo. Ponadto mamy również możliwość wyposażenia go w tak przydatne podstawowe otwarte oprogramowanie jak np. OpenOffice (pakiet biurowy), Gimp (program graficzny), czy Thunderbird (klient poczty).

Dlaczego więc, i to tym bardziej w dobie kryzysu, tak rzadko sięgamy po darmowego Linuksa? Według analityków m.in. dlatego, że...Windows wcale nie jest taki drogi, jeżeli weźmiemy pod uwagę zakup nowego komputera stacjonarnego lub przenośnego.

Korzystając z jednej z porównywarki cen znalazłem kilka identycznych modeli laptopów różniących się jedynie systemem - w jednym zainstalowany był Windows Home Premium, natomiast w drugim jedna z dystrybucji Linuksa. Ich ceny różniły się od siebie o około 250-300 złotych, co w sumie nie jest zbyt małą kwotą, szczególnie jeżeli weźmiemy pod uwagę komputery z dolnej półki oraz fakt, że samodzielną "siódemkę" dostaniemy już od ok. 330 zł.

Nieco inaczej wygląda to np. na rynku amerykańskim. Tam bowiem za laptopa z Windows 7 HP (przykładem tutaj jest Dell Latitude 2120) trzeba zapłacić zaledwie o 50 USD więcej niż za odpowiednik z Ubuntu na pokładzie. Sami więc przyznacie, że w tym przypadku zysk jest praktycznie nieodczuwalny.

Na kolejną bardzo istotną sprawę uwagę zwraca Michael Silver, analityk w firmie Gartner, który twierdzi, że w przypadku darmowego Linuksa bezpłatne poprawki dostarczane są zaledwie przez rok.

"Musisz się liczyć z tym, że będziesz musiał przechodzić na nową wersję Linuksa co roku. Microsoft wspiera natomiast każdą wersję systemu Windows przez 10 lat - nie muszę płacić żadnych dodatkowych pieniędzy, a i tak będę otrzymywał poprawki zabezpieczeń" - tłumaczy Silver.

Dla firm oznacza to kłopot i znaczące koszty ponoszone przy każdorazowej zmianie otwartego systemu na nowy, lub podczas korzystania z płatnego przedłużonego wsparcia. Zdaniem Silvera końcowe koszty mogą więc szybko osiągnąć poziom porównywalny z kosztami związanymi z wykorzystaniem Windows, lub nawet je przewyższyć.

"Pomysł, że firmy mogą zaoszczędzić dzięki darmowemu Linuksowi potężne pieniądze to mit. Mamy tutaj do czynienia z typowym niezrozumieniem. Wiele organizacji miało okazję zbadać tę kwestię i wykazało, że istnieje coś więcej" - tłumaczy Silver.

II Kompatybilność

"Tradycyjnie Linux jest nieco trudniejszy w instalacji, obsłudze i zarządzaniu, które to kwestie zostały znacznie poprawione wraz z dystrybucjami takimi jak Ubuntu. Jednak pomimo zmniejszenia luki w zakresie użyteczności, Linuksowi brakuje nadal wielu handlowej klasy aplikacji" - twierdzi Patrick Gray z Prevoyance Group.

Oczywiście posiadając Linuksa można w części skorzystać z alternatywnych otwartych aplikacji. Często nie dorównują one jednak możliwościami swoim płatnym odpowiednikom.

"Pod Linuksem użytkownicy mogą sprawdzić pocztę, przeglądać Internet oraz pracować z pakietem biurowym. Problem pojawia się, gdy potrzebujemy korzystać z niestandardowych aplikacji, które dostępne są wyłącznie dla systemów Windows" - powiedział z kolei Mark Hinkle z Citrix Systems.

Jest to poważny problem, co potwierdza firma Gartner twierdząc, że obecnie w typowej organizacji na każdych dziesięciu pracowników przypada jedna aplikacja, natomiast połowa z nich wymaga do działania Windows. Oznacza to więc, że firma zatrudniająca 10 000 osób, korzystałaby z 1 000 aplikacji, z których 500 wymagałoby środowiska Microsoftu.

Różne doświadczenia

Dobrym przykładem potwierdzającym słowa analityków jest niemieckie MSZ, które po dobrych doświadczeniach z linuksowymi serwerami postanowiło w 2005 roku przejść na OpenOffice’a i Debiana. Jeszcze w 2007 roku urzędnicy byli bardzo zadowoleni z tej decyzji twierdząc, że była ona słuszna i zakończyła się wielkim sukcesem, co potwierdzać miały znacznie mniejsze wydatki.

W 2011 roku okazało się jednak, że MSZ z powrotem przeprowadziło migrację na Windows 7 i Office’a 2010. Powód? Wysokie koszty (migracja, obsługa, tworzenie oprogramowania, szkolenia), pewne braki w funkcjonalności, trudna obsługa oraz słaba kompatybilność między programami.

MSZ, co warto podkreślić, w przypadku serwerów podziękowało jednak Microsoftowi i pozostało przy Linuksie. W sumie nic w tym dziwnego, gdyż ze względu na stabilność oraz bezpieczeństwo tego otwartego systemu również gigant z Redmond z niego chętnie korzysta.

Inne doświadczenia ma natomiast liczące 1,5 miliona mieszkańców Monachium. Dzięki działaniom tamtejszych władz w urzędach pod koniec 2011 roku pracowało pod kontrolą Linuksa 10 tysięcy stacji roboczych. W marcu burmistrz Ude przedstawił wyniki finansowe, zgodnie z którymi miastu udało się na tej migracji zaoszczędzić ponad 4 miliony euro. Co równie interesujące, wprowadzeniu nowego środowiska systemowego towarzyszyć miała również znacznie mniejsza liczba wezwań pomocy technicznej.

Oby tylko Monachium nie doświadczyło tego samego co MSZ, które przecież w początkowej fazie "otwartego" projektu również było nim zachwycone.

W tym momencie warto również zauważyć, że to właśnie w Europie różne instytucje sięgają najczęściej po Linuksa.

Użytkownicy indywidualni

Przyglądając się indywidualnym użytkownikom nie dziwi mnie fakt, że Linux cieszy się wśród nich tak niewielkim zainteresowaniem. Interesuje on bowiem jedynie tych, którzy chcą poeksperymentować oraz stawiają na większą kontrolę nad środowiskiem pracy, bezpieczeństwo i otwartość systemu (oczywiście znajdzie się też jeszcze kilka innych elementów, które przemawiają za instalacją pingwina).

W przypadku statystycznego konsumenta wyżej wymienione cechy nie mają jednak większego (może oprócz bezpieczeństwa, lecz od czego są antywirusy?) znaczenia. Reszty dopełniają niewielka różnica w cenach nowych komputerów oraz obawa przed nowym nieznanym środowiskiem, w którym w znacznie większej mierze zajmować się trzeba takimi "duperelami" jak np. sterowniki. Ponadto pozostaje kwestia gier i programów, do których był przyzwyczajony, a z których nie będzie już mógł korzystać.

Osoby takie nie widzą więc najmniejszego sensu w zakupie komputera z Linuksem (chyba, że w celu zainstalowania na nim Windows), czy też migracji, co potwierdzają statystyki:

- według Ranking.pl w Polsce 0,8% osób łączy się z Internetem za pośrednictwem komputera z Linuksem (wg StatCounter jest ich 1,12%)

Być może sprawa wyglądałaby inaczej, gdyby na zajęcia z informatyki częściej zapraszany był "pingwin"...


Zobacz również