Mediaklazmy

TYLKO RYBY GŁOSU NIE MAJĄ

TYLKO RYBY GŁOSU NIE MAJĄ

Bostońskie Muzeum Komputerów wystawiło Wirtualne Akwarium (Virtual Fish Tank) - wspólne dzieło MIT Media Lab i Nearlife Inc. Akwarium złożone jest z kilku ogromnych ekranów, na których wyświetlany jest wspaniały, trójwymiarowy świat ryb. Wirtualne królestwo imituje akwarium o powierzchni około 100 m2 i jest pokazem najnowszych możliwości w dziedzinie grafiki komputerowej, mocy obliczeniowej oraz symulacji warunków podwodnych.

Za pomocą trzech stacji graficznych każdy zwiedzający może stworzyć własną rybę. Wystarczy ustalić preferowany przez nią pokarm, wybrać charakter (agresywna, ambiwalentna, spokojna), a nawet określić sposób w jaki będzie ona reagowała na widok ludzi. Na podstawie tych danych terminal dobierze odpowiadający naszym oczekiwaniom model ryby. Na koniec pozostają ostateczne poprawki i już możemy wpuścić swego pupila na szerokie wody i obserwować jego zachowanie. Każdą rybą z osobna oraz zachodzącymi pomiędzy nimi interakcjami steruje system komputerowy, łączy niektóre ryby w ławice, powoduje starcia między podwodnymi drapieżnikami, kieruje życiem akwaryjnego świata.

Cała inwestycja jest warta 1,2 mln USD, z czego 600 tys. ufundowała National Science Foundation, a resztę wielu innych, hojnych sponsorów. To największy eksperyment bostońskiego muzeum - 22 komputery połączone w sieć dostarczyła firma Sony, akceleratory graficzne oparte na chipach Mitsubishi zapewniła Diamond Multimedia. Firma Nearlife, odłam Media Labu pracowała pięć lat, żeby stworzyć, bazując na języku Java program Directable Characters symulujący interakcję ryb w akwarium. "Wejście do tak złożonego i doskonałego graficznie świata jest zniewalające. Byłoby to niewykonalne na PC-tach bez dzisiejszych, najnowszych systemów renderingu i całej technologii użytej na tej wystawie" - stwierdził założyciel Lotus Development. Już wkrótce muzeum przewiduje uruchomienie podobnego akwarium w Sieci, więc wszyscy będziemy on-line tworzyć różowe rekiny żarłacze z wrodzoną fobią do sardynek.. Póki co możemy obejrzeć zdjęcia z wystawy na serwerze muzeum http://www.tcm.org.

CYFROWI JEŹDŹCY

Dwaj właściciele motorów BMW załadowali na swe rumaki kamery wideo oraz sprzęt audio i wyruszyli w podróż po Wschodnim Wybrzeżu. Eskortowani przez vana wyjechali z Nowego Jorku w kierunku Orlando. Po drodze rejestrowali "obrazki" ze wszystkich miast, przez które przejeżdżali i wysyłali je Siecią do znajomych artystów. Ci stworzyli dokumentalne filmy krótkometrażowe i umieścili je na stronie http://www.binary-biker.org.

Bruce Wands jest dziekanem Wydziału Sztuki Komputerowej w nowojorskiej Szkole Sztuk Wizualnych, a Rick Barry.szefem firmy Pratt Computer Graphics zajmującej się grafiką komputerową. Wands próbował w 1994 roku zarejestrować podobną podróż, ale jego ówczesny partner, Dan Preda zginął w wypadku koło Orlando. Dlatego tegoroczną wyprawę panowie zadedykowali Danowi i nazwali "Binary Biker".

Filmy z motocyklowej podróży Bruce'a i Ricka pokazują wiele nieznanych zakątków Ameryki i być może przyczynią się do renesansu kulturalnego wschodniej części Stanów. Cybernetyczni motocykliści dotarli w końcu do Orlando, na największy amerykański festiwal sztuki Siggraph http://www.siggraph.org. Ale jazda!

DZIECI PRZYSZOŚCI

BowWow House rozpowszechnia program BabyWow! http://www.babywow.com przeznaczony już dla najmłodszych dzieci (od 9 miesięcy). "Aplikacja ma za zadanie wspomagać rozwój dziecka, pod pełną kontrolą rodziców" - podkreślają autorzy oprogramowania. BabyWow składa się z kilku działów: słownictwo (2000 słów, w ośmiu językach), liczby (1-10), odległości (daleko-blisko), zgadywanki, kształty, kolory. Rodzice sami wybierając zadania dla swoich pociech decydują o tym, czego dziecko powinno się nauczyć.

Tony Fernandes, założyciel BowWow House uważa program za niesamowitą stymulację wizualną dla dzieci i odwołuje się do badań naukowców z Uniwersytetu w Kansas. Uczeni twierdzą, że istnieje duży związek między zasobem słów jakimi posługuje się człowiek, a jego współczynnikiem inteligencji. Fernandes kontynuuje - "pierwszy okres, od 9 miesięcy do 3 roku życia to jedyny czas, w którym tak naprawdę można rozwijać zdolności mózgu". Skoro więc komputer i tak nie jest niczym nowym dla współczesnych dzieci, po co mają bezmyślnie wpatrywać się w ekran zza pleców rodziców? Lepiej, żeby spędziły przy nim czas efektywnie.

Pomysł ma również swoich przeciwników. Roger Schank, dyrektor Instytutu Nauki na Uniwersytecie Północnozachodnim w Evanston (stan Illinois) uważa, że ważniejszy, niż sztuczne metody rozwijania pociech jest bliski kontakt rodziców z dziećmi. Natomiast Stevenne Auerbach, ekspert od zabawek z San Fransisco sądzi, że to co dorosłemu może wydawać się rozsądne, dzieci mogą odbierać zgoła inaczej. Wrogowie BabyWow przyznają jednak, że nie mieli dotychczas bezpośredniego kontaktu z programem. Co by nie mówić o zagrożeniach płynących z alternatywnych metod edukacji dzieci, pakiet sprzedał się w 1997 r. za łączną sumę 5,16 mln USD. Czy oznacza to, że zakupując program rodzice próbują usprawiedliwiać się, przed brakiem czasu dla własnych dzieci, czy może troszczą się o ich doskonały rozwój intelektualny? Przekonamy się już za parę lat, gdy wyrośnie nam nowe pokolenie dzieci wychowanych na wirtualnych światach, Sieci i komputerach.

NA CYBERNETYCZNYCH STEPACH

Muzeum Sztuki Współczesnej w Nowym Jorku rozpoczęło realizację nietypowego projektu InterNyet http://www.moma.org/onlineprojects/internyet/index.html. Specjalnie dla kuratora projektu - Barbary London, MOMA zorganizowała podróż przez Rosję i Ukrainę. Wyprawa nie byłaby niczym wyjątkowym, gdyby nie fakt, że podczas wycieczki Barbara znajduje młodych, nieznanych artystów, raczkujących jeszcze na polu cyfrowych technologii. Globtroterka zbiera ich prace, a krótkie notki na temat artystów umieszcza od razu w Sieci. Dla reportera National Geographic nieodłącznym atrybutem jest aparat fotograficzny - w misji Barbary do rejestrowania prac artystów nowej generacji niezbędny okazał się notebook, kamera cyfrowa i dyktafon DAT.

Pierwsze multimedialne przystanki to St. Petersburg, następne to Moskwa, Kijów, Odessa, a kolejne Nowosybirska i Tomsk. Wszelkie wywiady nagrane są w formacie RealAudio i RealVideo - Barbarze zależy bowiem nie tylko na samym ukazaniu sztuki, ale także warunków w jakich ona powstaje, atmosfery miejsca, ludzi, a nawet języka jakim posługują się artyści.

CRACKER CRACKEROWI NIERÓWNY

Prawdziwy skandal odbił się szerokim echem w całej Sieci. Oto niejaki Oscar Wells stworzył serwis Our First Time http://www.ourfirtsttime.com, rzekomo transmitujący, na żywo, seksualną inicjację dwojga osiemnastolatków (Diany i Mike'a). Zapowiadany spektakl odbyć się miał na początku sierpnia br., jako demonstracja wolności słowa i przekonań. Wells reklamował już od lipca swoje przyszłe dokonania, broniąc się przed atakami wrogów, iż wcale nie ma na celu propagować pornografii. Młoda para sama zgłosiła się do tej kuriozalnej inicjatywy, a nawet zakupiła prezerwatywy w sklepie on-line - Condomania.

Oscar Wells przekonywał zainteresowanych przedstawicieli mediów, że to przejaw odpowiedzialności dwójki dorosłych ludzi, w pełni świadomych tego co czynią. Mark Vega - adwokat Mike'a i Diany, powiedział dodatkowo, że nie ma nic złego w tym, że dwoje kochających się ludzi chce wystąpić przed milionami widzów. "To pierwszy taki sprawdzian dla społeczności Internetu, podobny do tych jakie kiedyś przechodziły radio i telewizja - pokaże on czego ludzie oczekują od Sieci" - mówił dalej Vega.

W piątek 17 lipca cracker podpisujący się pseudo - MagicFx, włamał się do serwera Our First Time sprawiając, że strona WWW kierowała surferów do... serwisu on-line Disneya. Następnie całą zawartość skandalicznego serwera wyczyścił do cna. Pozostawił jedynie prawdziwe nazwisko i telefon do osobnika podającego się za Oscara Wellsa oraz list do dostawcy usług internetowych. W korespondencji, jako dowód włamania, podał wszelkie wykorzystane kody dostępu uzupełnione słowami ubolewania nad tym, jak łatwo ludzie zawierzają oszustom. Okazało się, bowiem, że w Sieci nie miał pojawić się żaden pokaz "nastoletniego" seksu, a Ken Tipton (bo tak nazywa się hochsztapler) chciał po prostu zarobić na płatnej witrynie. Cóż, nie taki cracker straszny jak go malują...


Zobacz również