NISZA, czyli Nowe Imperium Szarego Zła Atakuje

Nie wiem jak Państwo, ale ja jestem zły. To zresztą mało powiedziane, że jestem zły. Jestem cholernie wściekły. I to na kogoś. Na firmę, którą przez kilkanaście lat uważałem za ostoję stylu, budzącą mój szacunek a przede wszystkim tworzącą nową jakość na byle jakim tle pecetowym.

Nie wiem jak Państwo, ale ja jestem zły. To zresztą mało powiedziane, że jestem zły. Jestem cholernie wściekły. I to na kogoś. Na firmę, którą przez kilkanaście lat uważałem za ostoję stylu, budzącą mój szacunek a przede wszystkim tworzącą nową jakość na byle jakim tle pecetowym.

Myślę. oczywiście, o Apple'u Computer. Ale po kolei, bo jak walić z grubej rury, to trzeba dobrze przymierzyć.

Zacznijmy od przeglądu pola bitwy. Przez całe ostatnie dwadzieścia lat główny nurt komputeryzacji masowej był szaro-bury, zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Większość pecetów miała beżowy kolorek, wywodzący się z IBM-owskiego stylu obudów komputerów stacjonarnych. Kolor ten dobrze pasował do zawartości, która była nijaka. Zarówno DOS, jak i OS/2 oraz Windows były po prostu brzydkie, tak jakby robiący je ludzie chcieli minimalnym wysiłkiem wyciągnąć, co się da z rynku. Rzeczywiście, udało im się. Dominacja kombinacji procesora Intela z nakładkami na DOS stała się powszednia.

Tak powszechna, że całe pokolenie wychowane w latach 90. traktowało peceta jako jeszcze jeden stały element wszechświata, jak zieloną łąkę i niebieskie niebo.

Na tym tle pojawiały się rzadkie, ale tym bardziej cenne odstępstwa od standardu. Zarówno Macintosh, jak i Amiga to były oazy dobrego smaku, logicznego zaprojektowania, a przede wszystkim prawdziwej troski o użytkownika, a nie o konto producenta. Pojawiały się efemerydy, takie jak Be OS, które jednak nie były w stanie zagrozić dominacji platformy wintelowej. Nawet oddolny ruch darmowego Linuksa po spektakularnych sukcesach wieku młodzieńczego ugrzązł w gąszczu łat bezpieczeństwa oraz niezgodności sprzętu i oprogramowania, szczególnie nowszych standardów, jak USB, FireWire oraz 802.11b, które zupełnie nie nadawały się do amatorskiego tworzenia sterowników. Ostatecznie nic nie zastąpi planowanego rozwoju.

Zresztą okienka zmieniały się. O ile szum reklamowy wokół wersji z połowy lat 90. był podstawą (samo)zadowolenia, o tyle nowa technologia NT, a przede wszystkim wreszcie poprawione oblicze W2K dostarczyło rynkowi namiastkę nowoczesnego systemu operacyjnego. Namiastkę, bo w tle ciągle była linia poleceń udawanego DOS-a oraz pozostałości dawnych przyzwyczajeń, konieczne dla zaspokojenia oczekiwań rynku. Ostatecznie lata indoktrynacji zrobiły swoje i prawie już nikt nie był sobie w stanie wyobrazić, że pulpit systemu operacyjnego może być takim samym miejscem do trzymania plików, jak każdy inny katalog.

Tymczasem firma Apple nie próżnowała. Po niepowodzeniach z domowym rozwojem następcy kompletnie połatanego systemu operacyjnego, którego korzenie sięgały wczesnych lat 80., po prostu kupiła nowy system wraz z firmą NeXT. Przy okazji doszło do powrotu dawnego właściciela na stanowiska faktycznego szefa firmy.

W obozie makowców zapanowała radość, a i zwolennicy darmowego oprogramowania też przyłączyli się do ogólnej wrzawy, bo dano im kawałek systemu ze wszystkimi źródłami. Wydawało się, że taka kombinacja wreszcie przełamie monopol, tym bardziej wobec zainteresowania się prawników rządowych praktykami Microsoftu, co zaowocowało procesem, który jednak do dziś jest nie do końca rozstrzygnięty.


Zobacz również