O tem jak Kaziuk, "Melassę" wyrychtował

Geneza "Melassy" korzeniami sięga decyzji ambasady amerykańskiej o nieprzyznaniu nam wiz, która zapadła jesienią ubiegłego roku. Ponieważ miałem prasowe miejsce blisko ringu na walkę Andrzeja Gołoty, poczułem się wielce zawiedziony, ale też nagle dysponujący niemal dwutygodniową nadwyżką czasu wolnego, którą postanowiłem spożytkować.

Geneza "Melassy" korzeniami sięga decyzji ambasady amerykańskiej o nieprzyznaniu nam wiz, która zapadła jesienią ubiegłego roku. Ponieważ miałem prasowe miejsce blisko ringu na walkę Andrzeja Gołoty, poczułem się wielce zawiedziony, ale też nagle dysponujący niemal dwutygodniową nadwyżką czasu wolnego, którą postanowiłem spożytkować.

Pierwszy etap pracy (he, he), wykonałem w domu, czyli na chacie, jak slangują Poznaniaki KNŻetowe. Wstępna idea była podobna do "12 groszy" czy "12 dresów", jak woli Marcin Świetlicki. Pokrótce chodzi o to, aby to, co ma mieć prowieniencję MIDI, wykonać na domowym komputerze, a resztę dograć z pomocą zaproszonych muzyków w studiu. Tymi mieli być Sławek Pietrzak i Olaf Deriglasoff. Przez pierwsze dni napisałem sporo tekstów i zacząłem ubierać je w jaki taki przyodziewek harmoniczno-melodyjny, oczywiście o rytmie nie zapominając. Wszystko to tradycyjnie przy użyciu mojego kochanego samplera AKAI s3200 i programu Cubase z jedną wszakże zmianą - w międzyczasie przesiadłem się z poczciwej ataryny (ATARI 1040 ST) na dumnego i groźnego PeCeta. Moja znajomość komputera jest szczątkowa i praktycznie przyswoiłem sobie umiejętności konieczne tylko do robienia muzyki na swoje potrzeby, Internetu, gier i pisania. Faktem jest bezspornym, iż po całonocnej pracy myszką na atarynie ręka bolała na podobieństwo pracy na taśmie w fabryce, ale był to komputer jakby przyjaźniejszy. Nigdy się nic nie zawieszało i jakoś tak przyjemniej było. Cubase w wydaniu na PiSi nie był mi już tak przyjazny - zawieszenia systemu niweczyły parę razy moje dokonania. W ten sposób powolutku powstały szkielety do piosenek: m.in. "Jeśli nie chcesz" i "Mars napada". Przeniósłszy cały mój komputerowy osprzęt do studia, próbowałem zsynchronizować moje cubasowskie dokonania z magnetofonem wielośladowym i programem "ProTools". Program ten można nazwać wirtualnym magnetofonem wielośladowym o cyfrowej jakości dźwięku. Próby okazały się daremne. Pokonany przez wrogość koalicji PeCet - Cubase wróciłem do domu, gdzie już w moich pracownianych warunkach dokonałem zgrania szkieletorów piosenkowych na magnetofon DAT. Lżejszy o cały ten komputerowy szmelc, poszedłem do studia raz jeszcze i prosto z kasety, na dwie ścieżki, zrzuciłem całość mojej kompozytorskiej działalności na Macintosha, bo na nim to hulał owyż "ProTools".

Kolejna porcja piosenek została skomponowana przy użyciu mego przesławnego, ale zarazem i przedpotopowego instrumentu elektronicznego Casio. Ponieważ poza śladowymi umiejętnościami grania na saksofonie altowym, nie umiem grać na niczym - Casio moje ukochane posiada ZASADNICZO POMOCNĄ MI FUNKCJĘ. Otóż za pomocą jednego palca (tonacje dur - wesołe ), ewentualnie palców dwóch (tonacje mol - smutne), da się wygenerować większość używanych akordów. Tak więc nucąc sobie uprzednio wymyślone melodie, udało mi się w miarę sprawnie wygenerować akompaniament, który w przyszłości zadałem do zagrania muzykom żywym. Ten brak samodyscypliny sprawił, że przed wejściem do studia założyłem sobie absolutny luz twórczy i założenia takie obróciły się troszeczkę przeciwko mnie. Sytuacja studyjna zaczęła pączkować, powstawały coraz to nowe piosenki i w ten sposób pracunki nad "Melassą" trwały nieomalże pół roku.

Z żywych muzyków pierwszy nagrywał swoje partie Tomek Goehs, następnie do studia wszedł Olaf i pozostał w nim do samego końca, wnosząc tak wiele, że postanowiłem uznać go za współtwórcę płyty. Przy okazji nagrywania odbyły się dwie sesje wyjazdowe - w "Mózgu" druga deczko bliżej - w studiu S-3 na Woronicza. Stał tam fortepian, na którym swoje ślady nagrywał Leszek Możdżer. O jego geniuszu nie będę się rozpisywał, dość, iż mimo złamanych dzień wcześniej żeber na koncercie w Obornikach Wielkopolskich, śledziłem jego kunszt z rozdziawioną gębą. Banan poza tym, iż grał jak to Banan na waltorni, zagrał sporo partii klawiszy, młodszy syn Waglewskiego nagrał skracze dokładnie tak jak sobie tego życzyłem, a Edyta Bartosiewicz ładnie zaśpiewała. Wokale nagrywałem różnie, zgodnie z ideą omijania sytuacji stresotwórczych. Parę piosenek zmieniło znacznie swoją strukturę, parę tekstów zmieniło się na lepsze, do samego zgrania cały ewoluował nieustannie, co w dużej mierze jest zasługą "ProTools", który pozwala grzebać w nagranym materiale właściwie bez końca.

Etapem końcowym nagrania studyjnego jest miks. Mając tyle materiału, ochoczo czyniliśmy po kilka różnych wersji do niemalże każdej piosenki, czego efektem było około 50 gotowych wykonań. Chcąc urozmaicić nasze dokonania, postanowiłem, iż wersja kasetowa będzie się różnić w pewnym stopniu od wersji kompaktowej, a to z tego względu, że nie byłem w stanie wskazać tej najlepszej wersji danej piosenki i wydawało mi się, iż może być to ciekawsze. Nie przewidziałem jedynie, iż ten czy ów będzie z tego powodu werbalizował pod moim adresem jakoweś pretensje, niejednokrotnie pod jednoznaczną nazwą "oszustwa". Hak im w smak! Po mojemu jest to właściwie pionierskie rozwiązanie, a i ciekawsze - i dla mnie, i dla słuchacza. "Melassa" jest tworem zbyt świeżym, abym mógł się zdobyć na pewnego rodzaju dystans i chłodniejsze spojrzenie. Na razie, opisawszy pokrótce cały proces jej powstawania, oświadczam w pełni świadom swoich władz umysłowych, iż jestem z niej zadowolony. "Nie mogę znaleźć dystansu" - posiłkując się jedną z wielkich kwestii z "Rejsu" powiadam. Co potem? Pan raczy wiedzieć. Pan? Ale który? - jak ongiś celnie uchwycił sedno sprawy wielki Mazzoll.

Kazik nie cenzurowany na CD:

O tym, czego Kazik nie zrobi na trzeźwo, jak powstali Miliarderzy i dlaczego z "Melassy" zniknęła "Ballada o Pershingu", dowiecie się z pełnej, nie ocenzurowanej wersji wywiadu na naszej płycie CD-ROM.


Zobacz również