Okiem RedNacza. Dość hejterstwa

Dziennikarz to ma wspólnego z politykiem, że również powinien mieć grubą skórę (żeby nie powiedzieć wręcz: twardą... część ciała poniżej pleców) i odporność na krytykę. Dokładamy starań, aby publikowane przez nas treści miały najwyższe walory merytoryczne i stylistyczne, a wszelkie rzeczowe uwagi przyjmujemy z pokorą i nie obrażamy się. Słuszne prawo do krytyki nie usprawiedliwia jednak sytuacji, w której ktoś, otworzywszy link w portalu, ale nie znalazłszy rozwiązania swojego problemu, daje upust swoje frustracji w anonimowym, hejterskim komentarzu.

Od pewnego czasu pilniej przyglądam się komentarzom, jakie internauci zostawiają pod artykułami publikowanymi w portalu internetowym „PC Worlda” (najciekawsze z opinii trafiają potem do comiesięcznych zestawień Top10 komentarzy w portalu www.pcworld.pl). A ponieważ od lat śledzę również anglojęzyczne portale branżowe – na których czasem można znaleźć inspirację do napisania ciekawego artykułu – mam porównanie w kwestii jakości komentarzy pojawiających się tam i tu.

Niestety, to porównanie nie jest specjalnie korzystne dla polskiego internauty. Poziom tzw. hejtu osiąga na forach skalę, której np. nasi amerykańscy czy brytyjscy koledzy redakcyjni musieliby szukać ze świecą. Tymczasem, gdyby prześledzić online’owe dyskusje „u nas” i „u nich”, można odnieść wrażenie, że w polskiej sieci komentarze bardziej merytoryczne, odnoszące się do treści, a nie do kwalifikacji piszącego są w mniejszości („Porada dla przedszkolaka!”, „Kto to pisał?”, itp.).

W redakcji „PC Worlda” staramy się możliwe regularnie brać udział w dyskusjach online pod naszymi tekstami, odnosimy się do uwag merytorycznych, reagujemy na informacje o pomyłkach, nieścisłościach czy niedopowiedzeniach (nie ma co ukrywać – takie też się zdarzają). Z drugiej strony, stosujemy zasadę, aby ignorować komentarze chamskie lub napastliwe bądź wszelkie inne wycieczki personalne.

Niestety, obok takich treści trudno przejść obojętnie. Podobnie trudno ocenić, czym są wywołane. O tym zjawisku powstało już mnóstwo opracowań, temat co jakiś czas wypływa w telewizyjnych programach informacyjnych (głównie przy okazji tragicznych wydarzeń, takich jak samobójstwa nastolatków, zaszczutych przez rówieśników). Mówi się o szkodliwych wzorcach i zachęcie płynącej z pozornej anonimowości w internecie. A ja dołożę jeszcze jedną, może mało odkrywczą, cegiełkę: kompleks niższości, a zarazem ciągła potrzeba udowadniania innym swojej wartości, np. poprzez tworzenie wrażenia zaawansowania technicznego i wytykanie wyimaginowanych braków w edukacji u atakowanego – innego komentującego lub autora artykułu.

Słowa te piszę kilka dni po drugiej turze wyborów prezydenckich, poprzedzonej debatami kandydatów do urzędu głowy państwa. Między stylem dyskusji w sieci a tymi debatami dostrzegam podejrzanie dużo analogii – mnóstwo odwołań do emocji, brak argumentów merytorycznych, próby zakrzykiwania oponentów. Z czego to się bierze? Czy aby nie z marnej kondycji debaty publicznej w Polsce? Przecież nawet studenci dziennikarstwa uczą się o tanich chwytach językowych z broszury „Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów” A. Schopenhauera, jak wygrywać spory, a nie – jak dyskutować.

Jeżeli masz, drogi Czytelniku, inne zdanie – napisz do mnie albo zostaw swój komentarz.


Zobacz również