Okiem RedNacza. Przekleństwo wszechobecnej informacji

W dobie wszechobecnego dostępu do informacji trzeba jeszcze mocniej trenować szare komórki – przydadzą się na stare lata.

Dostęp do informacji nigdy nie był tak łatwy jak dziś. Od bezmiaru zdigitalizowanych zasobów ludzkiej wiedzy dzieli nas w zasadzie tylko kilka kliknięć. O ile za pośrednictwem telewizji, radia czy prasy drukowanej otrzymujemy wcześniej wyselekcjonowany i przygotowany przez kogoś pakiet informacji, o tyle korzystając z internetu, samodzielnie decydujemy o tym, z jakich źródeł korzystamy i do jakich zasobów uzyskujemy dostęp. Wystarczy zaledwie dotknąć ekranu smartfona, a niezmierzona (i stale rosnąca) cyfrowa czytelnio-wideoteka staje przed nami otworem.

Jest tylko pewien, nie tak znowu drobny, problem: jak odfiltrować informacje ważne spośród nieważnych, jak odróżnić dane wartościowe od bezużytecznych, jak rozpoznać prawdziwe od zmanipulowanych, czy wręcz fałszywych? Pojęcie szumu informacyjnego Marshall McLuhan zdefiniował przecież w czasach, gdy o internecie nikomu się nawet nie śniło.

Niezaprzeczalnie – nieskrępowana wymiana poglądów, nieograniczony przepływ myśli, zbiory, encyklopedie, przewodniki, słowniki, atlasy i kompendia dostępne „na zawołanie” to gigantyczne ułatwienie w życiu każdego z nas. Ale zarazem jest to nasze przekleństwo. Tak powszechny dostęp do całej masy informacji prowadzi do niepohamowanej konsumpcji coraz większych ich ilości, niestety, bywa, że jest to konsumpcja bezrefleksyjna. Co więcej, rozleniwia nas, konsumentów. Po prostu zapominamy, jak zapamiętywać; w ogóle nie mamy zresztą potrzeby zapamiętywać, skoro w kieszeni nosimy „cały internet”.

Sam ostatnio się na tym złapałem, gdy nosiłem się z zamiarem zakupu DVD z serialem… no, TYM serialem o TYM nowojorskim lekarzu z przełomu XIX i XX w., w którym grał TEN brytyjski aktor… Mam już na końcu języka tytuł i walczę z przemożną pokusą, by po prostu uruchomić internetową wyszukiwarkę i wpisać w niej stosowne zapytanie. Mam świadomość, że ratunek jest na wyciągnięcie ręki – kursor w polu wyszukiwania mruga do mnie zachęcająco, wystukując stały coraz bardziej zniecierpliwiony rytm: „szukaj, szukaj…”. Za kilka sekund przestanie mnie to nurtować, bo otrzymam upragnioną podpowiedź: dobry wujek Google przypomni mi, co ja właściwie chciałem kupić.

Uff, co za ulga – przypomniałem sobie po chwili skupienia ten wredny tytuł. Ale z całej tej sytuacji wyciągnąłem wniosek, że chyba już bardzo głęboko tkwimy w błędnym kole: potrzeba informacji > przeszukiwanie sieci i selekcja masy treści > mniej czasu na zgłębienie treści > szybsze klikanie > szybsze myślenie > szybsze zapominanie > potrzeba informacji… A nadmiar klikania to rodzaj samowarunkowania: mózg ewoluuje stosownie do tego, jak się nim posługujemy. Dlatego w dobie wszechobecnej informacji trzeba jeszcze mocniej trenować szare komórki – przydadzą się na stare lata.

PS. Polecam bardzo ciekawy artykuł z "Polityki", jaki - tak, tak, - wygoogle'owałem w czasie pisania tego felietonu: Pan Cogito przed monitorem. Powstał dokładnie 16 lat temu (25.09.1999), a nadal aktualny.


Zobacz również