OpenSUSE 10.2 - prawie jak objawienie

Łatwo być miłośnikiem systemów open source i napisać bardzo pozytywną recenzję dowolnie wybranej alternatywy dla Windows. Łatwo też sympatyzować z Microsoftem lub zachwycać się usprawnieniami w Viście, a plwać jadem na wszystkie systemy spod znaku pingwina. Nie jest natomiast łatwo pisać recenzję systemu, który jest bardzo nierówny i potrafi zachwycić ("objawienie"), a potrafi też wprowadzić w osłupienie nieporadnością i topornością ("prawie jak..."). A wydaje mi się, że właśnie takie jest openSUSE 10.2.

Zanim przejdziemy do konkretów, jedna dość istotna notka: tekst stanowi fragment większej całości i powinien być rozpatrywany w jej kontekście. Całość tę stanowią artykuły "Sprawdzian szybkości" opublikowane w PCWK 02/2007 oraz "Pojedynek: Vista kontra Ubuntu Linux", który pojawi się w numerze 03/2007. Z recenzją openSUSE 10.2 tym razem postanowiłem odczekać, byłem bowiem ciekaw, jak na dystrybucję zareaguje świat.

A teraz już do rzeczy.

Umowa Microsoftu i Novella to fakt, który społeczność open source postawił w stan alarmu. Sam Richard Stallman ironicznie podziękował obu korporacjom, gdyż ich współpraca, jego zdaniem, doskonale wskazuje elementy, na które Free Software Foundation powinna zwrócić szczególną uwagę podczas konstruowania licencji GPL3.

Na openSUSE 10.2 oczekiwano z wielką niecierpliwością. Spodziewano się wszystkiego: że tapeta na pulpicie będzie przypominała charakterystyczny motyw Bliss, że po trzech tygodniach używania dystrybucja wyświetli informację o możliwości taniego upgrade do Windows XP albo że w systemie pojawi się nowe polecenie lieh, które z parametrem -tfos orcim wyłączy firewall, zainstaluje kilka programów szpiegujących i Internet Explorera 6, w którym ostatnie łatki będą pochodziły z 2003 roku.

openSUSE zapewnia użytkownikowi naprawdę wysoki poziom bezpieczeństwa

openSUSE zapewnia użytkownikowi naprawdę wysoki poziom bezpieczeństwa


Zobacz również