Paryskie zapiski

Nie ja jestem w tej gazecie facetem od tzw. newsów, nie będę więc PT Czytelników zanudzał opisywaniem np. tego, jak mi się ogląda strony WWW za pomocą najnowszej przeglądarki Omni w Mac OS X (inna sprawa, że działa świetnie). Zamiast tego garść żółci.

Nie ja jestem w tej gazecie facetem od tzw. newsów, nie będę więc PT Czytelników zanudzał opisywaniem np. tego, jak mi się ogląda strony WWW za pomocą najnowszej przeglądarki Omni w Mac OS X (inna sprawa, że działa świetnie). Zamiast tego garść żółci.

Kupiłem ze dwa lata temu przezroczysty jasnoniebieski napęd Zip 100 MB USB. Jest to produkt firmy Iomega. Iomegę w Polsce reprezentuje pewna firma, której nazwy nie wymienię, bo przez ostatnie miesiące dorzucałem do niej jakieś ciężkie słowo.

Wszystko było wspaniale, aż do pewnego majowego dnia, kiedy któryś z sąsiadów włączył jakieś urządzenie i w całym bloku zrobiło się ciemno. Gdy prąd już wrócił, zauważyłem, że Zipowi nie świecą się kontrolki. Woltomierzem odkryłem, że wysiadł zasilacz.

Potem zaczęły się schody. Napęd był po okresie gwarancji. Wysłałem parę maili do dystrybutora, który chyba stronę WWW prowadzi w celach żartobliwych, bo nie odpisywał miesiącami, aż dostałem radę, że owszem, mogą mi sprzedać nowy napęd. Ponieważ nie byłem w zabawnym nastroju, potraktowałem ten list, jak rozum nakazywał, czyli kombinacją klawiszy "jabłko-delete". Potem odłożyłem Zipa na półkę, żeby o nim do końca nie zapomnieć.

Na paryskim Apple Expo, jako że jestem człowiekiem pamiętliwym, udałem się na stoisko Iomegi i starając się być maksymalnie nieuprzejmym zahaczyłem o sprawę. "Owszem - odparł młody człowiek - nie sprzedajemy zasilaczy. Proszę nam przysłać e-mail, do Iomega Europe, a my wyślemy nowy zasilacz za darmo". Polemizowałem, że czas, że pieniądze, że mi nie zależy, żeby za darmo, że ja bardzo chętnie zapłacę, ale byli nieugięci. Nie sprzedają, nie ma takiego produktu w ogóle w sprzedaży, i już.

Następnego dnia błąkałem się po Dzielnicy Łacińskiej i w bocznej uliczce od Rue de Jaques natknąłem się na sklepik makowy, prowadzony przez Hindusa. Graciarnia, dwa metry na cztery wszystkiego, w stercie makulatury owinięty ochronnie taśmą klejącą Cube. Zapytałem o zasilacze do Zipów. "Owszem, jest", sprzedawca podsunął mi pod nos pudełko. "285 franków". Ponieważ było to cirka 160 złotych, zapłaciłem i wyszedłem szczęśliwy.

Zapewne w tym momencie zastanawiacie się, Drodzy Czytelnicy (i Czytelniczki - pozdrawiam serdecznie, pani Marto, miło jest wiedzieć, że coraz więcej pań używa Maców w Polsce i że czytają ămakowąÓ prasę) - otóż, zastanawiacie się, dlaczego wydałem równowartość stołowania się przez dwie godziny w CafŽ Rey na placu Bastylii, skoro mógłbym, jak się wydaje, mieć ten nieszczęsny zasilacz po wymianie korespondencji z Iomegą?

I tu będzie inna historyjka.

Jakiś rok temu zapałałem chęcią posiadania nagrywarki USB. Odpowiedni produkt firmy QPS znalazłem na stronach MacWarehouse. Podałem numer karty, w odpowiedzi dostałem numer przesyłki, dzięki któremu mogłem sobie obejrzeć w Internecie, gdzie się ta przesyłka dokładnie znajduje w dowolnym momencie. Niezbyt długo się tą funkcją mogłem cieszyć: rzecz zamówiłem we wtorek ok. godziny 23.00 polskiego czasu, a w czwartek o 9.00 rano nagrywarka wylądowała na Okęciu.

Potem przez trzy tygodnie próbowałem ją odebrać. Wysyłałem różne faksy do firmy przewozowej, tłumaczyłem celnikom, że nie mam księgowej, dostarczałem zaświadczenia i oświadczenia, a za każdy dzień zalegania przesyłki w urzędzie celnym obciążany byłem opłatą za składowanie, zupełnie jakbym sobie tę nagrywarkę trzymał dla przyjemności, a nie z powodu nieudolności celników i przewoźnika.

Wszystko to stanęło mi w oczach, kiedy tamten facet z Iomegi ze spokojem mi tłumaczył, że to żaden problem i że oni mi przyślą z Irlandii zasilacz.

Potem jeszcze była jedna rozmowa, w czasie której zdziwiony Bardzo Ważny Człowiek z firmy Apple na pytanie o rynek oprogramowania zrobił wielkie oczy i powiedział, że przecież dziś można praktycznie wszystko kupić w Internecie, i on nie rozumie tych problemów.

Niestety, trudno złapać odpowiedzialnych za ten stan rzeczy i powiesić na najbliższej suchej gałęzi. Wszyscy bowiem wydają się zadowoleni. Rząd przykłada wagę, parlament uchwalił dokument o informatyzacji społeczeństwa, szef GUC rozumie pilność wprowadzenia regulacji. I nic się nie dzieje. Tylko na liście dyskusyjnej ăSzarlotkaÓ pojawiła się właśnie, gdy to piszę, kolejna rada, jak, gdzie i komu wręczyć łapówkę, żeby szybko załatwiać takie sprawy. Łapówki u celników, jak wynika z opisu, zaczynają się od 250 złotych, więc, Moi Drodzy, jakby ktoś chciał zasilacz za 285 franków, to ja mam zapisany adres tego sklepiku.

Autor jest dziennikarzem katowickiej "Trybuny Śląskiej", animatorem spotkań MacWarsztaty i najbardziej złośliwym korespondentem listy dyskusyjnej "Szarlotka".


Zobacz również