Pocztówka z Lubomierza

Festiwale, zresztą nie tylko filmowe, zawsze ściągają wiele tysięcy żądnych stadnych uciech mieszkańców naszego kraju. Co do poziomu artystycznego tychże, trudno się spierać, bo jak głosi stara i mądra łacińska maksyma: "de gustibus non est disputandum", czyli o gustach się nie dyskutuje.

Festiwale, zresztą nie tylko filmowe, zawsze ściągają wiele tysięcy żądnych stadnych uciech mieszkańców naszego kraju. Co do poziomu artystycznego tychże, trudno się spierać, bo jak głosi stara i mądra łacińska maksyma: "de gustibus non est disputandum", czyli o gustach się nie dyskutuje.

Idea Festiwalu Filmów Komediowych wyrosła na górzystej, nieurodzajnej rolniczo ziemi jeleniogórskiej, katalizowana przez kwitnące bezrobocie i brak lepszego pomysłu na promocję miasta. Mowa oczywiście o Lubomierzu - ojczyźnie Karguli i Pawlaków, stolicy Sylwestra Chęcińskiego, żywiącej uzasadnione pretensje do miana centrum polskiej komedii, gdzie na początku sierpnia br., przez cztery dni bawili się fani Samych swoich i nie tylko.

Imprezę prowadził znany z telewizji Tomasz Kamel, który doskonale nawiązał kontakt z publicznością. Byli to przeważnie mieszkańcy okolicznych miejscowości. Przez cały czas głównym (i właściwie jedynym) miejscem wydarzeń była scena. Po koncercie orkiestry i korowodzie komediantów odbyło się oficjalne otwarcie i wręczenie Granatów dla najlepszych produkcji mijającego sezonu. W konkursie ogłoszonym przez Komitet Organizacyjny Festiwalu, gazetę Sami Swoi i miesięcznik Film wygrał Chłopaki nie płaczą Olafa Lubaszenki, drugie miejsce zajął film Zakochani Piotra Wereśniaka, a trzecie Fuks. Jeśli ktoś nie widział tych produkcji, miał szansę obejrzeć je na wieczorno-nocnych pokazach. Rozstrzygano też w innych dyscyplinach. I tak wśród polskich aktorów komediowych zwyciężył, jak należało się spodziewać, posterunkowy Cezary Pazura (Zakochani, Chłopaki nie płaczą), za nim Maciej Stuhr (zarówno Chłopaki... jak i Fuks) i Artur Barciś (który popularność zawdzięcza m.in. serialowi Miodowe lata). Najlepszym filmem zagranicznym okrzyknięto Notting Hill, który wyprzedził Depresję gangstera i Miasteczko South Park.

Historia festiwalu sięga 1992 r. Wtedy to ukazał się pierwszy numer lokalnej gazety, której na pamiątkę kręconej tu komedii Sylwestra Chęcińskiego nadano tytuł Sami Swoi.

Jako że od powstania filmu mijało właśnie 25 lat, do miasteczka, na spotkanie z mieszkańcami zaproszono reżysera Samych swoich. Jednocześnie, narodził się pomysł utworzenia w Lubomierzu Muzeum Kargula i Pawlaka. Uroczystemu odsłonięciu drewnianianych figur głównych bohaterów komedii towarzyszył w lipcu 1996 r. happening grupy Pławna 9 oraz nocna projekcja filmu Sami swoi na lubomierskim rynku. Rok później w Lubomierzu zjawiło się już kilka tysięcy osób, by wspólnie oglądać kultowe polskie komedie na wielkim ekranie.

Wchodząc do miasteczka, trudno było oprzeć się wrażeniu, że odbywa się tu odpust połączony z jarmarkiem. Z lewej - letnie parasole i piwo, po prawej - strzelanie z łuku, minirollercoaster, karuzela i inne rozrywki wesołego miasteczka. Rynek był wypełniony ogromną liczbą najprzeróżniejszych straganów i tłoczącą się między nimi ciżbą. W centrum królowała wielka scena, na której odbywały się występy i projekcje oraz koncerty miejscowych orkiestr dętych: Gryfowa Śląskiego, kopalni Turów, jednostki wojskowej. Ochoczo towarzyszyły im lokalne zespoły discopolowe o takich nazwach jak: Desire, Impuls, NATO. Nie obyło się bez występów kabaretów: OTTO, Rak, Rżysko.

W wolnych chwilach, gdy na scenie nic ciekawego się nie działo (a przyznaję, że takich momentów nie brakowało), można było obejrzeć lokalne, niestety, nieliczne atrakcje. Wybrałem Muzeum Kargula i Pawlaka zachęcony olbrzymimi postaciami tych bohaterów, stojącymi przy wejściu. Mogłem dokładnie obejrzeć 4 pokoje zapełnione rekwizytami z planu Samych swoich i różnymi przedmiotami z tamtych czasów. Bogactwo zbiorów najlepiej określi czas zwiedzania. Wyjątkowo dociekliwym, lubiącym wszystko dokładnie obejrzeć może zabrać najwyżej około 6 minut.

W tym roku festiwal odbył się już po raz czwarty. Cztery dni na Festiwal Polskiej Komedii to jednak nieco za długo. Gdyby dokonano staranniejszej selekcji, odsiewając słabsze artystycznie występy i wykonawców, z powodzeniem wystarczyłyby dwa dni weekendu. Zasłużony dla polskiej kinematografii lubomierski rynek jest za ciasny, by pomieścić rozbawione tłumy i gdyby w przyszłości zjechało tutaj jeszcze więcej miłośników tej imprezy to biada mu... skoro już teraz pękał w szwach.


Zobacz również