Premier na czatach, czyli o e-demokracji

Premier Buzek był na czatach! Przepraszam... w chat-roomie. Niby nic - a jednak wydarzenie znaczące. I to bynajmniej nie jako przejaw kokieterii starszego pana wobec młodzieży: patrzcie, jestem za pan brat z techniką!

Premier Buzek był na czatach! Przepraszam... w chat-roomie. Niby nic - a jednak wydarzenie znaczące. I to bynajmniej nie jako przejaw kokieterii starszego pana wobec młodzieży: patrzcie, jestem za pan brat z techniką!

Do rozmowy z premierem zapisało się 2700 internautów. Wprawdzie zadali tylko siedemdziesiąt pytań, ale to i tak więcej niż na jakimkolwiek spotkaniu "na żywo", więcej niż podczas przeciętnej konferencji prasowej. Tu publiczności nikt nie dobierał, od premiera nie oddzielali jej ochroniarze, prowadzący, stół prezydialny. Każdy mógł sam poruszyć nurtującą go kwestię, nie wyręczał go w tym żaden dziennikarz. Wszyscy słyszeli oryginalną odpowiedź, której żadna redakcja nie preparowała, przepraszam - "adiustowała".

Oj, panowie żurnaliści - czyżby Waszej profesji zaczynało grozić bezrobocie? Czyżby przestawali być potrzebni manipulujący informacją pośrednicy? Nie ukrywam, że taka perspektywa bardzo by mnie ucieszyła. Nie od dziś postrzegam w mass mediach totalitarną strukturę: jeden dysponent-nadawca naprzeciw zatomizowanej masy biernych odbiorców. Jeden Wódz - Jeden Naród!

Internet niesie szansę na demokratyzację komunikacji społecznej. Tu każdy może być zarówno nadawcą, jak i odbiorcą. Wszyscy działają na równych prawach i tylko ich własna inwencja decyduje o zasięgu odbioru. Że grozi w ten sposób anarchia? Chaos? Wymieszanie rzeczy ważnych i nieważnych (jak w przypadku konferencji Buzka, gdzie pytania o hobby mieszały się z pytaniami o los gabinetu)? Dziś każdy sam ustala swoją hierarchię ważności i wedle własnych kryteriów wybiera z owego "chaosu" to, co dlań istotne.

Ba, Internet to nie tylko metoda przekazywania informacji. Docelowo może to być także bardzo dogodny sposób podejmowania decyzji. W czasach Peryklesa granice demokracji wyznaczał zasięg głosu mówcy. Telewizja - jak zauważył już w 1968 roku Daniel Cohn-Bendit - zniosła tę granicę, ale zarazem zdegradowała telewidzów do poziomu apatycznych konsumentów. Dopiero Internet stwarza techniczną możliwość zaistnienia politycznego "sprzężenia zwrotnego". Nic nie stoi na przeszkodzie, by - jak w szwajcarskim kantonie - obywatele rozstrzygali sporne kwestie w codziennych nawet referendach!

Nic? Zejdźmy na ziemię. Kłód poniewierających się pod nogami nowej Utopii jest wiele. Zacznijmy od tego, że - w Polsce zwłaszcza - większość społeczeństwa nie ma dostępu do Internetu. E-demokracja byłaby więc demokracją dla nielicznych, nową oligarchią. Załóżmy jednak, że udaje się zainstalować modem w każdym domu, przy każdym stanowisku pracy. Przecież znaczna część uszczęśliwionych Internetem ludzi i tak wykorzystywałaby go raczej do surfowania w poszukiwaniu stron XXX, niźli do brania udziału w politycznych dysputach. Zmienić naturę ludzką jest dużo trudniej niż program komputerowy. Przecież nawet w Szwajcarii tylko mniejszość obywateli chce się fatygować do urn. I nie ma się co ludziom dziwić - w wielu wypadkach nakłada się na nich brzemię decydowania o zbyt skomplikowanych problemach. Zwykły obywatel rad by zrzucić te zawiłości na głowy ekspertów, profesjonalistów, przedstawicieli.

No dobrze, ale przecież powszechnie obowiązuje zasada, że w demokracji nieobecni nie mają racji. Przecież nie ma przymusu głosowania, kto nie chce zabrać głosu, nie zabiera. A przynajmniej w fundamentalnych dla społeczeństwa kwestiach można by się odwołać do rzekomego suwerena - Ludu. Ale i tu napotykamy opór. Stawiają go politycy, ponoć przedstawiciele ludu. Przypomnijmy: demokracja przedstawicielska narodziła się z konieczności, gdyż w rozległych krajach takich jak Anglia, Polska czy Francja nie było szans na zastosowanie ateńskiego modelu demokracji bezpośredniej.

Obecnie jednak politycy tak bardzo wczuli się w swoją rolę, że demokrację przedstawicielską uważają za jedyną formę demokracji. Demokracja internetowa grozi ich zdaniem triumfem populizmu. Ciemne masy ulegają emocjom, nie potrafią patrzeć perspektywicznie - dlatego decyzje powinny być podejmowane przez Mędrców w zaciszu gabinetów. Tyle, że taka argumentacja podważa legitymizację systemu demokratycznego. Skoro masom nie można ufać, to chyba same wybory politycy też powinni przeprowadzać we własnym gronie.

Jedno jest pewne. Jak to mawiał polityk Władysław Gomułka: "Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy"! Nie liczcie więc na rychły świt e-demokracji.


Zobacz również