Sadyści i ma(c)sochiści

Podejrzewam, że nie tylko zdecydowana większość Czytelników, ale nawet i pracownicy SAD-u nie wiedzą, skąd wzięła się nazwa firmy sprzedającej Macintoshe w Polsce.

Podejrzewam, że nie tylko zdecydowana większość Czytelników, ale nawet i pracownicy SAD-u nie wiedzą, skąd wzięła się nazwa firmy sprzedającej Macintoshe w Polsce.

Myślę, że nie zdradzę żadnych specjalnych tajemnic ani nie urażę niczyich uczuć osobistych podając po raz pierwszy publicznie nazwisko autorki. Otóż ni mniej, ni więcej osobą tą była obecna gwiazda telenoweli Klan, pani Barbara Bursztynowicz! A było to tak: w roku 1991 firma Jabłko Ltd. starała się o reprezentowanie Apple'a w Polsce. Rozmowy przebiegały stosunkowo sprawnie, ale jednym z kategorycznych żądań centrali w Paryżu była zmiana nazwy polskiej firmy. Zresztą podobny los spotkał jeszcze niejedno przedsiębiorstwo z tzw. obszaru EMEIA (czyli Europe, Middle East, Israel, Africa, takie było wtedy miejsce naszego kraju na liście priorytetów Apple): wielu kandydatów starających się o błogosławieństwo Apple'a miało bowiem w nazwie lokalne odpowiedniki owocu z Cuppertino. Niestety, w Warszawie zupełnie nie wiedzieliśmy, na co mamy zmienić Jabłko, a czas i Apple naglił.

Jednego wieczoru w lecie 1991 roku siedziałem z Basią Bursztynowicz, wtedy nieznaną szerzej aktorką Teatru Ateneum, oraz z jej mężem, a moim kolegą z czasów szkolnych, na tarasie ich mieszkania na Saskiej Kępie i rozkoszowaliśmy się zachodem słońca. Ciągle jednak podświadomie martwiło mnie, że nie mamy nazwy dla firmy. Choć nie powinienem był zanudzać gospodarzy takim trywialnym i przyziemnym problemem, nie mogłem powstrzymać się i opowiedziałem o kłopocie. Na to Basia bez wahania powiedziała: "Przecież jabłka rosną w sadzie, a Wy macie dużo Macintoshy, więc dlaczego nie SAD?!" Rzeczywiście, dlaczego nie? Tym bardziej że nikt inny w firmie nie miał lepszego pomysłu. Tak to proste skojarzenie osoby nie mającej nic wspólnego z komputerami, Macintoshami i marketingiem trafiło na szyld i wizytówki.

Wprawdzie bardzo szybko okazało się, że na spotkaniach reprezentantów powyżej wspomnianego regionu EMEIA zyskaliśmy ksywę smutasów (ang. sad - smutny), ale nikomu to specjalnie nie przeszkadzało, bo praca dla Apple'a była wtedy wielką, radosną przygodą. Dopiero znacznie później zaczęto pracowników firmy SAD nazywać sadystami i klnę się na wszelkie świętości, że nie miałem z tym nic wspólnego. Może ktoś inny ujawni tajemnicę tego przezwiska i jego konotacji, przy okazji pozbawiając licznych czatowników przyjemności naigrywania się z cudzej nazwy, wywodzącej się od pewnego markiza. Myślę, że nazywanie pejoratywnym terminem ludzi reklamujących, sprzedających i serwisujących w Polsce komputery Macintosh jest jakimś kompletnym nieporozumieniem. Nikt przecież nie zmusza do kupowania produktów Apple'a w firmie SAD, nie nalega na korzystanie z SAD-owej pomocy technicznej ani z ich napraw serwisowych. Mamy w Polsce wolny rynek, granice w praktyce otwarte, a niedługo w ogóle nie będzie ich w Unii Europejskiej. Jak się komuś nie podobają ceny, dostępność oraz atmosfera, no to może zagłosować portfelem. Masowa akcja spowoduje pewnie zmianę firmy reprezentującej Apple'a w Polsce. Ręczę, że jest dość chętnych na taką gratkę, choć potencjalni kandydaci powinni zdawać sobie sprawę z wielkości inwestycji (bardzo poważna), ścisłej zależności od Apple'a i jego polityki korporacyjnej oraz ogólnych warunków prowadzenia biznesu w Polsce. Los kolejnych czasopism makowych po polsku najlepiej pokazuje, że nawet w tak małym interesie (wg moich szacunków co najmniej o rząd mniejsza inwestycja) trudno jest przetrwać. O producentach i sprzedawcach oprogramowania makowego nie wspominam - jako wieloletni wytwórca fontów makowych z prawdziwą radością oraz ulgą powitałem zanik specjalnego formatu makowego TTF-a, co znacznie uprościło moją działalność.

Zresztą wszystkim narzekającym na listach dyskusyjnych radzę zastanowić się, która firma reprezentująca zachodni lub amerykański koncern, włączając w to przedstawicielstwa będące częściami firm zagranicznych, ma w Polsce taki sam poziom obsługi oraz cen jak na przykład w USA? Według moich porównań, przyznam się nieco pobieżnych i przypadkowych, śmiem twierdzić, że żadna. A cóż dopiero mówić o niszowym i w gruncie rzeczy marginalnym produkcie, jakim są komputery Macintosh. To, niestety, jest prosta konsekwencja zacofania cywilizacyjnego, a przede wszystkim ekonomicznego naszego kraju. Dopóki w Polsce nie będzie sporej grupy ludzi potrzebujących wyspecjalizowanych, a co za tym idzie droższych komputerów klasy Macintosha, dopóty ceny będą tu wyższe. Owszem, obsługa może się poprawić i pewnie przez ostatnie 12 lat polepszyła się znacząco, ale trzeba rozumieć, że dobry serwis kosztuje i dlatego BMW albo Mercedes są znacznie droższe niż Fiat lub Daewoo, choć przecież jedne i drugie samochody składają się z bardzo podobnej roboty i z bardzo podobnych części. Tak samo dzieje się z komputerami. Apple już od dawna nie buduje Macintoshy (fabrykę we Freemont w Kalifornii zamykano w czasach, gdy powstawał SAD), zajmuje się zaś głównie projektowaniem oraz marketingiem.

Właśnie marketing jest domeną SAD-u, co podkreśla pełna nazwa firmy: Apple IMC Poland, gdzie "IMC" znaczy Independent Marketing Company. Być może w tej właśnie dziedzinie oczekiwałbym większego przyśpieszenia. Niegdysiejszy hit, choć zakazany przez centralę, czyli plakat z zakonnicą trzymającą pierwszego PowerBooka, dzieło Grześka Adacha, chcieli mieć wszyscy, także pracownicy Apple'a w Europie, o posiadaczach Maców i pecetów nie wspominając. Dziś SAD głównie powiela pomysły zza oceanu. Niestety, niezbyt przystają one do naszej rzeczywistości. Na razie nie powielono jednak metody placement, czyli umieszczania produktów w programach TV. W jednym z najlepszych sitkomów amerykańskich SEINFELD Maki pojawiały się w każdym odcinku - dziś można datować okres pierwszej emisji odcinka na podstawie modelu komputera, który stał na biurku głównego bohatera. A właściwie, dlaczego postać grana przez Barbarę Bursztynowicz w serialu Klan nie mogłaby używać 12-calowego modelu aluminiowego? Wiem, że prywatnie aktorka nie korzysta na co dzień z komputera, wysyłając maile przez córkę. Myślę, że ofiarowanie jej jednego jabłuszka byłoby nie tylko ładnym gestem podziękowania za nazwę, ale przede wszystkim skutecznym działaniem reklamowym.


Zobacz również