Słoneczniki Ive'a i Jobsa

Stare przysłowie pszczół mówi: "Nie szata zdobi człowieka, lecz człowiek szatę". Jakkolwiek jest w tym sporo prawdy, to choćby z codziennych obserwacji wiadomo, że kwestia odpowiednich szat gra w życiu człowieka niebagatelną rolę.

Stare przysłowie pszczół mówi: "Nie szata zdobi człowieka, lecz człowiek szatę". Jakkolwiek jest w tym sporo prawdy, to choćby z codziennych obserwacji wiadomo, że kwestia odpowiednich szat gra w życiu człowieka niebagatelną rolę.

Na produkcji okryć wierzchnich twarzowych i mniej twarzowych wyrosły całe fortuny. Rzesze ludzi wzbogaciły się na reklamowaniu i sprzedaży odpowiednich ubiorów i dodatków. Słowem - branża odzieżowa to potężny rynek. I nie ma co drzeć szat z tego powodu.

Nikt nie ma przecież wątpliwości, że nie ma nic zdrożnego w chęci chodzenia w wygodnym i estetycznym ubraniu, za to łachmaniarze budzą powszechną niechęć.

Na początku w branży komputerowej liczyło się tylko wnętrze: to z drucików i scalaków powstawały maszyny liczące. A zamknąć je można było - jeśli już trzeba było - choćby w drewnianej skrzynce.

Pierwszy masowy mikrokomputer pakowany w plastikową elegancką obudowę opracowała firma Apple. Obudowa pierwszego Macintosha stanowiła już prawdziwe dzieło sztuki - łącznie z podpisami artystów na jej wewnętrznej stronie. Próżność? Być może, ale zasłużona - w końcu Macintosh stanowił przewrót nie tylko ze względu na graficzny system operacyjny, ale także ze względu na formę zewnętrzną - wszystko w jednym, minimum kabli, prostota i funkcjonalność.

Wkrótce potem z firmy odszedł jednak Steve Jobs, a to właśnie on opętany był obsesją tworzenia estetycznych komputerów. Z czasem komputery Apple'a zaczęły przypominać formą szarobure pecety.

Środek był nadal atrakcyjny, ale beżowe plastiki tylko bardziej dokładnym montażem i ciekawszymi przetłoczeniami odróżniały się od szarej PC masy. W połowie lat 90. okazało się, że firma brnie w ślepą uliczkę - rosło zadłużenie, sprzedaż spadała.

Nie twierdzę tu oczywiście, że mniejszy brak dbałości o wygląd komputerów bezpośrednio przyczynił się do zapaści Apple'a, jednak jestem przekonany, że był jednym z czynników. Od producenta jabłuszek zawsze oczekiwano więcej, ładniej, funkcjonalniej (u nas jeszcze dodaje się "taniej").

Kiedy na przełomie 1996 i 1997 r. do Apple wrócił Steve Jobs jasne było, że zmieni się wiele. Nikt nie przypuszczał jednak, jak bardzo zmieni się forma komputerów z jabłuszkiem. Jeszcze pierwsze Power Maki G3 (już po powrocie Jobsa) były po prostu szare.

Ale w maju 1998 r. firma postawiła wszystko na głowie i pokazała iMaca. Formą nawiązywał wyraźnie do początków - do pierwszego Macintosha. Ale poza tym wszystko było inne - przezroczyste plastiki, kształt, funkcjonalność. Być może dziś niektórym trudno w to uwierzyć, ale w 1998 r. iMac szokował designem. Szybko jednak okazało się, że zespół projektantów pod wodzą Jonathana Ive'a osiągnął to, co chciał. Ludzie pokochali iMaki. 6 mln sprzedanych egzemplarzy to najlepszy tego dowód. Później przychodziły już kolejne wariacje na temat kolorowych plastików i obłych kształtów - iBook, PowerMaki G3 i G4. Początkowo nieśmiało, a później wielką falą na rynek weszły wszelkiego rodzaju gadżety i peryferia mniej lub bardziej udanie naśladujące iMacowe przezroczystości. Landrynkowe drukarki, tablety, komórki, kable - wszystko wyglądało jak iMac. Powstał nawet przymiotnik "iMacowy". "iMac RCA cable" głosi napis na zwykłym kablu od wideo, jakie w styczniu oglądałem w supermarkecie.

Kiedy już pierwszy tak śmiały design po latach okazał się sukcesem, duet Ive-Jobs poczuł wiatr w żaglach. Kiedy rynek aż kipiał od kolorowych iMacowych gadżetów, na początku 2001 r. Ive i Jobs postanowili wykonać kolejną woltę - od landrynkowych kolorów do pełnej ascezy PowerBooka Titanium i nowego iBooka. I co? I znowu sukces. A cały świat komputerowy stuka się w głowę: przecież to takie proste. Czemu, u licha sami na to nie wpadliśmy?

W poniedziałek (7 stycznia) Ive i Jobs znów zagrali wszystkim na nosie. Owszem, wszyscy spodziewali się, że w San Francisco Apple pokaże zupełnie nowego iMaca. Owszem, prawie wszyscy liczyli na to, że będzie to komputer z płaskim wyświetlaczem ciekłokrystalicznym.

Nie przewidziano tylko jednego - że nowy iMac będzie wyglądał tak, jak wygląda. Cały komputer to półkula o średnicy ok. 26 cm, na niej obrotowe ramię ze stali nierdzewnej, do którego przytwierdzony jest wyświetlacz LCD. Ramię można obracać dookoła, wyginać -dopasowując pozycję wyświetlacza do swoich potrzeb. A ten "sprawia

wrażenie, jakby unosił się w powietrzu", tak określił to Jonathan Ive.

Lampka, kwiat słonecznika - to najczęstsze skojarzenia. Ale to minie. Kiedy ludzie przekonają się jak funkcjonalny - nie tylko szokujący - jest to projekt, "Słoneczniki" Ive'a i Jobsa będą się sprzedawać jak świeże bułeczki.

Nie szata zdobi komputer, liczy się wnętrze - na szczęście wnętrze Macintosha też jest piękne i pełne mocy. A, że przy okazji jest to cacuszko - nic tylko się cieszyć...


Zobacz również