Święty Steve z Cupertino

Wyobraźmy sobie firmę, która sprzedaje 5 milionów sztuk swojego nowego produktu w zaledwie 3 dni i… po tym kurs jej akcji spada. To Apple, firma-instytucja, która dysponuje środkami większymi niż roczny budżet Nowego Jorku. Światowy gigant ze słonecznej Kalifornii, w której według starego przeboju Scotta McKenzie nigdy nie pada. A jednak nad Apple zbierają się chmury. Bardzo ciemne.

Naszą historię zaczniemy trochę wcześniej niż w momencie narodzin filaru Apple, Steve’a Jobsa. Przenosimy się na początek XVII wieku do włoskiej prowincji Apuglia. Prawie na "obcasie" półwyspu apenińskiego w 1603 roku rodzi się ważna osoba - Giuseppe Maria Desa. Według starych kronik spędza swoje życie w skromności i ubóstwie, żeby dołączyć do zakonu franciszkanów braci mniejszych i jeszcze bardziej poświęcić się umartwianiu za życia. Podobno jego doczesność naznaczona była wieloma chwilami spędzanymi w ekstazie i lewitacji.

Po 104 latach od śmierci (w 1767 roku) papież Klemens XIII kanonizował Józefa, by już jako święty Józef z Cupertino stał się w przyszłości patronem pilotów i pasażerów linii lotniczych. Jego imię dało także nazwę mieścince w Kalifornii, gdzie mieści się siedziba główna koncernu Apple. Zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych przyciągało osadników. Jako jeden z pierwszych pojawił się tam hiszpański odkrywca Juan Bautista de Anza. Zakłada osadę nad strumieniem, który trzeba jakoś nazwać. Z pomocą przychodzi kartograf, proponuje nazwę Arroyo San José de Cupertino. Rzeczka to obecnie Steven’s Creek, ale tradycje hiszpańskiej konkwisty można znaleźć nawet w herbie miasta. Zanim jabłko stało się symbolem Cupertino, był nim tak zwany morion czyli rodzaj otwartego hełmu z grzebieniem, który znamy z rycin przedstawiających konkwistadorów.

Steve Jobs - niezastąpiona dusza Apple?

Steve Jobs - niezastąpiona dusza Apple?

Co było dalej z Cupertino i Krzemową Doliną, wiemy. Ostatnia premiera najnowszego modelu iPhone’a 5 miała miejsce 12 września (co ciekawe prawie że zbiegła się ze świętem patrona miasta - przypada 18 września). Gdy pojawiły się zamówienia przedsprzedażowe, tak zwane preordery, Apple zanotowało rekord - 5 milionów sztuk zamówiono w ciągu zaledwie 3 dni (a żeby jeszcze bardziej podkręcić rekordowość tego wyniku dodajmy, że w ciągu pierwszych 24 godzin rozeszło się 2 miliony sztuk!). Poprzednie wyśrubowane poziomy sprzedaży przy iPhone’ie 4S (1 milion w ciągu pierwszej doby) i iPhone’ie 4 (ok. 650 000 sztuk w tym samym okresie) zostają daleko w tyle. Powinno być różowo, ale jednak pojawiają się zgrzyty. Kurs akcji Apple spada a inwestorzy z Wall Street są rozczarowani. Czym? Przecież do tej pory gigant z Cupertino ma na koncie ponad 400 milionów sprzedanych urządzeń z własnym systemem operacyjnym (iOS) i prawdziwą armię najwierniejszych fanów (tzw. fanbojów), którzy potrafią koczować pod sklepami nawet kilkadziesiąt godzin przed oficjalną premierą nowego gadżetu.

Ale niestety w nowym systemie (iOS6) kryje się problem. Apple zapowiedział jakiś czas temu, że chce pomału odcinać się od swojego głównego konkurenta w internecie, od Google. Małe kroki doprowadziły w końcu do wycofania zawsze obecnych map Google z najnowszego uaktualnienia systemu operacyjnego. Użytkownicy dostali jednak gniot. Mapy z jabłkiem pozwalały na skręty wprost przez barierki wiaduktów, czyściły centra miast z wielu ulic i tworzyły nowe nazwy miast. Internauci szybko zaczęli wyśmiewać takie błędy na specjalnych stronach internetowych. Oczywiście, programiści z pewnością szybko poprawią niedociągnięcia, ale niesmak pozostanie.

Konsekwencje mogą być dość znaczne. Usunięcie Google jako dostawcy map może mieć bezpośrednie przełożenie na wzrost używalności rosyjskiej wyszukiwarki Yandex. Rosyjski produkt może stać się podstawową wyszukiwarką wbudowaną w przeglądarkę Safari. Pamiętamy, jak w 2010 roku ówczesny prezydent Rosji, Dymitrij Miedwiediew spotkał się ze Stevem Jobsem i dostał od niego pierwszy egzemplarz nowego iPhone’a w Rosji. To na pewno nie było działanie przypadkowe, Miedwiediew był znanym sympatykiem iGadżetów, po śmierci Jobsa składał także osobiste kondolencje. A jeżeli sięgać po bardziej lokalnych graczy z internetowego rynku, to czemu nie połączyć Apple z chińską wyszukiwarką Baidu i innymi lokalnymi firmami? Wszystko, byle tylko osłabić pozycję Google.

Kulawa wersja map od Apple to także woda na młyn lokalnych produktów. Na przykład w Japonii, gdzie z założenia usystematyzowanie jakiejkolwiek mapy jest trudne, bo ulice nie mają nazw, a ludzie rysują sobie do tej pory odpowiednie mapki, żeby trafić na miejsce. Od momentu, gdy iOS6 pojawił się na rynku, japońska aplikacja Mapion notuje trzykrotny wzrost pobrań. Kolejna, Navitime, wprowadza uaktualnienia co 8 godzin, żeby cały czas być na bieżąco dla wymagającego japońskiego użytkownika.

Japończycy zbierają zyski, a aplikacja Apple wciąż pokazuje ruchliwą stację metra Shinjuku (rekord Guinessa dla największego ruchu pasażerów na dzień - średnio 3,64 miliona w 2007 roku) w samym środku parku Shinjuku Gyoen (oaza spokoju, cesarskie ogrody oferujące chwilę wytchnienia dla zabieganych Tokijczyków).

W Tokio dyrektor generalny Google Eric Schmidt prezentował ostatnio nowy tablet Nexus 7 i nie krył rozczarowania decyzją Apple: "Co mamy zrobić? Zmusić ich do tego, żeby wykorzystywali nasze mapy?". Żeby nie było - Google także ma na swoim koncie wiele wpadek związanych z działaniem map. Po mieście będziemy mogli się dzięki nim poruszać, nawigacja nie popełni błędów, ale 2 lata temu zdarzyło się, że wojska Nikaragui postawiły flagę swojego państwa na terenie Kostaryki. Sprawą zajmowała się Organizacja Narodów Zjednoczonych, bo w końcu nie chodziło już o błędny skręt przez wiadukt, ale o naruszenie granic państwa. Wcześniej źle wytyczono granicę między Kambodżą a Tajlandią i przeniesiono miasteczko Sunrise na Florydzie.

Koncernowi z Cupertino brakuje przywódcy na miarę Steve’a Jobsa. I nie chodzi tu o idealizowanie skutecznego managera i dyskusję na temat tego czy bardziej był despotą, czy jednak miał ludzkie odruchy. Był duszą tej firmy, a bez niego Apple nie jest tym samym graczem na rynku. Inwestorzy czują, że jego następca Tim Cook nie ma dość charyzmy i nie gwarantuje podobnego poziomu wizjonerstwa co Jobs. Dlatego kurs akcji z jabłkiem spada. Bo na Wall Street posiadanie Apple w portfelu to podstawa. Nieważne czy mamy do czynienia z funduszem hedgingowym, bankiem czy inwestorem indywidualnym - kod AAPL (pod tą nazwą notowane są na nowojorskim NASDAQu akcje) trzeba mieć. Odpowiada za 5% aktualnego kursu głównego indeksu S&P500. 435 milionów klientów Apple to w końcu 6% światowej populacji. I są analitycy, którzy pomimo obecnych narzekań utrzymują, że dziecko Steve’a Jobsa będzie w stanie osiągnąć niebotyczną i niespotykaną jeszcze w historii kapitalizację w wysokości 1 biliona dolarów. Według prognoz może to nastąpić 9 kwietnia 2015 roku. Około godziny 11 rano.

Cała ta gorączka i te objawy: wyznaczanie trendów, zmienianie przyzwyczajeń ludzi, wpływanie na status społeczny, nazywane zbiorczo jako kult Maca - wszystko przez jedną postać, która zdecydowała się całkowicie poświęcić sprawie, której wierzyła. Obsesyjnie kontrolującej drobiazgi, znanej z tolerowania jedynie wybitych pracowników, żyjącej w ascetycznym świecie i bagatelizującej wykrytą śmiertelną chorobę. Gdyby branża IT mogła typować własnych świętych, święty Steve z Cupertino szedłby ramię w ramię ze świętym Józefem. Doświadczając podobnie jak tamten wiele chwil spędzonych w ekstazie i lewitacji.


Zobacz również