Szybka jazda w korku

Pamięć człowieka ma właściwości silnie wybielające. Dlatego przeszłość – choćby obiektywnie ciemna i ponura – zawsze wydaje się jaśniejsza niż teraźniejszość. Uwaga ta dotyczy nie tylko np. naszych podbojów miłosnych, ale nawet software'u, jakiego używamy. Sam często łapię się na myśli, że wszystkie odkrywcze programy już się pojawiły. Rzeczy świeże, błyskotliwe, rewolucyjne widziałem parę lat temu, a teraz spotykam tylko ich udoskonalone kopie, może trochę szybsze, trochę sprawniejsze, trochę ładniejsze, ale tylko kopie.

Pamięć człowieka ma właściwości silnie wybielające. Dlatego przeszłość – choćby obiektywnie ciemna i ponura – zawsze wydaje się jaśniejsza niż teraźniejszość. Uwaga ta dotyczy nie tylko np. naszych podbojów miłosnych, ale nawet software'u, jakiego używamy. Sam często łapię się na myśli, że wszystkie odkrywcze programy już się pojawiły. Rzeczy świeże, błyskotliwe, rewolucyjne widziałem parę lat temu, a teraz spotykam tylko ich udoskonalone kopie, może trochę szybsze, trochę sprawniejsze, trochę ładniejsze, ale tylko kopie.

Pamięć o wybielających właściwościach nadal pewnie płatałaby mi takie figle, gdyby nie BitTorrent. Ten protokół transferu danych sprawił, że odzyskałem wiarę w potęgę nie tylko samego kodu, ale także pomysłu, który został w nim zamknięty i ukryty.

BitTorrent to na pozór kolejny protokół typu peer-to-peer, w którym wielu użytkowników wymienia między sobą dane. To, co odróżnia go od Kazaa i podobnych, to sprytne omijanie wąskich gardeł Internetu. Ściągając jakikolwiek plik, zawsze narzekamy na powolny transfer. Problem nie leży jednak po stronie "ściągającego", ale "udostępniającego". Zawsze szybkość ściągania jest większa niż wysyłania. Dlaczego? Po prostu na takich zasadach operatorzy łączą nas z Internetem, wychodząc ze słusznego skądinąd założenia, że przeciętny użytkownik bardziej jest zainteresowany ściąganiem danych niż ich udostępnianiem.

Na przykład w najszybszej opcji Neostrady ściąganie odbywa się z prędkością do 2048 kb/s, ale wysyłanie już tylko 256 kb/s. Prędkość udostępniania plików to właśnie wąskie gardło sieci peer-to-peer. Sytuacja tylko się pogarsza, kiedy usiłujemy pobrać plik, który cieszy się akurat dużym zainteresowaniem innych, a więc kiedy z oferującym go serwerem połączy się wielu użytkowników ściągających. Wtedy prędkość transferu znowu spada. A to nie koniec złych wiadomości. Jeśli pliki są przy tym naprawdę duże, ich ściąganie może trwać nie tylko godziny, ale i dni. Kolejni użytkownicy w ogóle nie będą mogli dopchać się w tej sytuacji do serwera, który będzie ciągle okupowany przez klientów, którzy połączyli się z nim – dajmy na to – już przedwczoraj.

BitTorrent pozwala na uniknięcie tych pułapek. Najpierw dzieli udostępniany plik na malutkie fragmenty. Użytkownicy w różnej kolejności ściągają z serwera takie fragmenciki i od razu udostępniają je innym ściągającym. W ten sposób każdy komputer, który ściąga plik, mimo że ma tylko jego kawałek, od razu staje się serwerem i udostępnia pobraną przez siebie część pozostałym chętnym. Każdy ściągający pobiera w ten sposób potrzebny plik z kilku, a nawet kilkudziesięciu serwerów naraz. Warto zauważyć, że im większe zainteresowanie danym plikiem, tym więcej komputerów go udostępnia i tym łatwiej go ściągnąć. Ten paradoks to właśnie siła BitTorrenta. Spróbujcie wyobrazić sobie coś podobnego w rzeczywistości: im większy ruch na ulicach, tym szybciej można dojechać do celu.

To właśnie spodobało mi się w BitTorrencie. I nie tylko mnie. Ten protokół powstał już w 2001 roku, jednak początkowo znali go niemal wyłącznie deweloperzy Linuxa, którzy wymieniają się przez sieć tworzonymi przez siebie kawałkami kodu. Większą popularnością BitTorrent cieszy się raptem od roku, kiedy z jego zalet zdali sobie sprawę typowi użytkownicy sieci peer-to-peer, takich jak kiedyś Napster, a potem Gnutella, Kazaa czy eDonkey, których bardziej niż najnowsze wersje dystrybucji Linuxa interesują muzyka, filmy i seriale. Dziś z rozmaitych programów klienckich do wymianyplików BitTorrenta, czyli tzw. torrentów, korzystają dziesiątki milionów użytkowników, a według Cache-Logic, firmy badawczej, która zajmuje się Internetem, BitTorrent odpowiada za trzecią część całego ruchu w sieci.

BitTorrenta nienawidzi branża muzyczna i Hollywood, bo to idealne narzędzie do rozpowszechniania pirackich kopii płyt i filmów, z którego oczywiście skwapliwie korzystają tysiące ludzi. Tymczasem BitTorrent także dla legalnych dystrybutorów może stanowić świetny model działania w sieci. Wystarczy połączyć jego mechanizmy z zabezpieczeniami chroniącymi prawa autorskie i powstaje wydajny i tani system sprzedaży filmów przez sieć. Takie systemy już się pojawiają. Ich zalety, a więc tak naprawdę zalety architektury BitTorenta, zaczynają odkrywać kolejne firmy. Na przykład AOL w ten sposób udostępnia swoim użytkownikom zwiastuny filmów.

Tylko autor BitTorrenta, Bram Cohen, nie może dobrze poznać zalet swojego dzieła. Nigdy niczego nie ściągnął za pomocą BitTorenta. Organizacje chroniące prawa autorskie z pewnością śledzą jego poczynania w sieci i tylko czekają na okazję, aby pod jakimkolwiek pozorem wytoczyć mu proces o naruszenie dóbr swoich klientów. Ci, zanim ostatecznie zrozumieją, że sami muszą stworzyć w sieci alternatywę dla pirackich serwerów, budując coś na kształt sklepu iTunes z filmami, znienawidzą Cohena jeszcze bardziej. Twórca BitTorrenta zapowiedział, że wkrótce uruchomi wyszukiwarkę, która będzie przeczesywała cały Internet w poszukiwaniu wybranych torrentów. Powinna być gotowa, nim ukaże się ten felieton.


Zobacz również