Tajemniczy dom Belliniego

"Szmal budzi me gorące żądze, jeśli nie masz chłopcze forsy, przyjdź jak będziesz milionerem, bo bez kasy jesteś zerem" - zawodzi aktorka smętnym głosem z delikatnym akompaniamentem pianina. To nie fragment najnowszego musicalu Metro 2! To jedna ze wspaniałych, wesołych i edukacyjnych "zaczarowanych piosenek" z multimedialnej płyty Zwariowany Czarodziej...

"Szmal budzi me gorące żądze, jeśli nie masz chłopcze forsy, przyjdź jak będziesz milionerem, bo bez kasy jesteś zerem. Szmal budzi me gorące żądze, kocham marki, jeny, złote, franki, marki to jest klasa, bo się liczy tylko kasa..." - zawodzi aktorka smętnym głosem z delikatnym akompaniamentem pianina. Pytanie za milion, ale bez żadnych kół ratunkowych - czy to fragment najnowszego musicalu Metro 2? Biiiiip! Źle! To jedna ze wspaniałych, wesołych i edukacyjnych "zaczarowanych piosenek" z multimedialnej płyty Zwariowany Czarodziej - tajemniczy dom Belliniego. Jeśli dodam, że całość skierowana jest do dzieci od lat 4, komentarz wydaje się być zbędny.

Ale należy dokończyć i być obiektywnym. Przecież to nie tylko ścieżka muzyczna rodem z lat trzydziestych zajmująca prawie całą płytę (20 utworów każdy po średnio 20 sekund) ale i równie dobra gra - program edukacyjny który zajmuje aż 90 MB. I jaka wygoda - nic nie trzeba instalować, a dla ułatwienia, (pewnie dla najmłodszych) program sam uruchamia się z płyty dzięki funkcji autostart...Wróć! Owszem, programu nie trzeba instalować, ale żeby go włączyć trzeba posiadać minimum wiedzy komputerowej, bo nic się samo nie uruchamia. Mój sześcioletni syn ma co prawda więcej takowej wiedzy niż niejeden administrator firmowej sieci (taki z cyklu "nie działa - zrestartuj") ale niestety nie mógł mi pomóc w recenzji, bo jak usłyszał piosenki z płyty uciekł z wrzaskiem do drugiego pokoju i włączył na wszelki wypadek coś bardziej nowoczesnego.

Uruchamiając każdorazowo grę, musimy zawsze rozpoczynać od nowa! Nie zapisuje ona bowiem nigdzie swojego stanu, ani tym bardziej naszych wyników. Ależ to nic nie szkodzi! Programiści, skądinąd słusznie, założyli, że i tak po pierwszym uruchomieniu nie będziemy chcieli do niej wracać.

Nie widziałem (i chyba nie chcę oglądać) innych części tej serii, ale kontynuowany tu jest ponoć wątek czarodzieja Belliniego. Jakiś kolejny prorok stwierdził , że na pewno wszyscy będą wiedzieć o co chodzi, (pewnie powinniśmy kupić cała serię hurtem) i od razu po króciutkiej początkowej animacji (bez dźwięku zresztą) pojawia się jakiś ludzik przed drzwiami do piwnicy.

Powiem szczerze, że w tym momencie miałem ochotę sprawdzić czy płyta nie jest porysowana i nie przeskoczyła jakiejś ważnej sceny. Ale nie. Więc dalej nic nie wiadomo, poza tym że lektor wyjaśnia nam, że nie wolno wchodzić ("to jest surowo zabronione") do piwnicy wujka Belliniego, o którym wiemy, że jest czarodziejem, a jest on bardzo niebezpieczny i są tam w tej piwnicy różne niebezpieczne czarodziejskie rzeczy, w związku z czym, jak już zejdziemy to żebyśmy uważali. Tym razem nie cytuję ale i tak nie wiadomo o co chodzi, tak jak w oryginale zresztą. Po prostu jakiś bełkot, ale w końcu nie pozostaje nam nic innego jak zejść do piwnicy, czyli tam gdzie nie wolno. No, jak już edukować to na całego. Pamiętaj Jasiu, tu jest ograniczenie prędkości do 60 więc widzisz, że tatuś właśnie zwolnił do 100. Typowe.

Udało mi się zejść do piwnicy, bo jak zobaczyłem, że nic się dalej nie dzieje, jako doświadczony amator przygodówek zacząłem nerwowo klikać we wszystko co się da... No tyle, że się nie dało. To znaczy poklikać sobie mogłem, ale dawało to taki sam efekt jak próba założenia kalesonów przez głowę. Udało mi się w końcu otworzyć te drzwi. Zaiste bardo tajemniczy ten dom Belliniego. Trzeba jeszcze pogrzebać w cudzych rzeczach i ukraść klucze do zamkniętych pokoi. A gdzież podziały się te słodkie zwierzątka z reklam i okładki?

Potem jest już trochę lepiej - po każdorazowym przebrnięciu przez otwieranie drzwi kluczami mamy do wyboru kilka całkiem udanych mini - gier. Najpierw wchodzimy do kolejnego pokoju (wszystkich jest cztery, z czego jeden zawiera klucze) gdzie może przytrafić się nam cudowna możliwość kliknięcia w jakiś przedmiot, co może nawet czasem wywołać jakąś reakcję lub właśnie rozpocząć mini - grę. Ale żebyśmy nie doznali przypadkiem szoku po pierwszej planszy - nie jest tego szczególnie dużo.

Same gry to nowe wersje starych hitów komputerowych, jak Pacman i jeszcze kilka (naprawdę kilka, słownie: kilka) innych. Do samych gier nie mam zastrzeżeń, niektóre są nawet ciekawe i dość dobrze zrobione, inne zaś mają taki stopień trudności że nie tylko zwykły fan zręcznościówek, ale i doświadczony wyjadacz w Quake'a może mieć problem z ich przejściem. Zawsze jednak po nieudanym zakończeniu gry dostajemy propozycje obniżenia poziomu trudności.

Dodam jako ciekawostkę, co chyba nie będzie to dla nikogo zaskoczeniem, że w grze nie można ustawić żadnych opcji i zawsze odpala się ona w okienku 640x480 plus czarne tło, więc to sama przyjemność pograć sobie mając pulpit ustawiony w znacznie wyższej rozdzielczości. Oczywiście za każdym razem możemy sami ją sobie zmienić spod Windows. O! Zawsze jakiś kolejny istotny element edukacyjny. Druga sprawa, która pewnie też nikogo nie zdziwi - piosenki nie są dostępne z menu gry (jakiego menu??? Też nie spotkałem!) Tu chyba akurat nie ma czego żałować. Jak ktoś już koniecznie chce się skatować jazzem na jedna nutę w wykonaniu nieznanych nikomu (nawet chyba wydawcy płyty) artystów zawsze może odpalić Windows Media Player, lub wrzucić płytkę do wieży.

Ktoś może zapytać, czy przypadkiem nie jestem zbyt złośliwy i nie przyczepiłem się bez powodu. Do tego ironicznego tonu zostałem niejako zmuszony przez autorów tego produktu. Oni też nie potraktowali nas, klientów, poważnie. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że utwory dla dzieci powinny być takie same jak dla dorosłych tylko lepsze. Zgadzam się. Dziecko jest mniej cierpliwym i trudniejszym słuchaczem. Również mniej doświadczonym, mniej wyrobionym i łatwiej go wprowadzić w błąd.

Zastanówmy się jaki jest sens wydawania produktu dla dzieci, który nawet dorosłego doprowadza do ziewania, znudzenia, nie jest dla niego zrozumiały, a interfejs ma zakręcony jak słoik z ogórkami marki Krakus. Od piosenek zaś więdną uszy, że o ich treści już nie wspominam (moim hitem jest utwór Żuczek, gdzie "krokodyl ma mordę i puścił bąka"). Bez żadnych skrupułów ten tajemniczy zaiste produkt dostaje ode mnie ocenę 2. Dlaczego aż tyle? Większość mini - gier zawartych wewnątrz jest na jako takim poziomie, da się nawet zagrać i trochę ratuje sytuację. Ale tylko trochę, bo cała reszta wpływa na absolutną niestrawność tego dzieła.

Jeśli ktoś ma wątpliwości co do mojej oceny, zachęcam gorąco do zakupu programu, a na pewno nie będzie rozczarowany. Niewątpliwie spotkają go wszystkie atrakcje o których pisałem. Ale zawsze można przecież podarować grę w prezencie znienawidzonemu bachorowi sąsiadów. Natomiast w stosunku do własnych i zaprzyjaźnionych dzieci proponuję zachować wszelkie środki ostrożności i trzymać grę w miejscu dla nich niedostępnym. Nalepka "chronić przed dziećmi" wysoce wskazana.


Zobacz również