Tapnąłem ekran, spaczowałem soft i zalajkowałem posta

Podobno w zasobie słownikowym przeciętnie wykształconego człowieka znajduje się kilkanaście tysięcy wyrazów. Ciekawe, ile z nich to informatyczne neologizmy, obcojęzyczne naleciałości i technoskróty.

„Tapnąłem ekran swojego fabletu, żeby odpalić socialową apkę i przejrzeć nowe posty wyszerowane przez znajomych – spodobał mi się jeden z zaembedowanym filmikiem, więc go zalajkowałem. Później przeczytałem o userze "FIFY15”, którego zbanowali za to, że miał totsa Bale'a w paczce za 7,5k i informa Suareza w paczce za 15k (nie kupował koinsów)”...

Nie, to nie fragmenty lirycznej twórczości vogońskiego poety, zaczerpnięte z książki „Autostopem przez galaktykę” Douglasa Adamsa. Pierwsze zdanie to skrócony opis najpopularniejszej dziś czynności pasażerów komunikacji miejskiej. Drugie zawiera cytat autentycznej wypowiedzi z forum serwisu pcworld.pl. Konia z rzędem temu, kto je rozszyfruje, nie będąc posiadaczem konta w serwisie społecznościowym, graczem komputerowym lub też, mówiąc ogólnie, użytkownikiem nowoczesnych technologii.

W ten sposób język próbuje nadążyć za zmieniającą się rzeczywistością. Tyle że dawniej funkcjonowanie subkulturowej albo zawodowej nowomowy miało szerszy społecznie wymiar. Dziś określony, mniej lub bardziej hermetyczny język i kod pojęciowy, zrozumiały przez wąskie grono użytkowników, ma nie tyle każda dziedzina wiedzy, przykładowo psychologia czy fizyka, ile każda dziedzina ludzkiej aktywności. Znacznie uwidacznia się to w informatyce.

Człowiek od zawsze próbował zidentyfikować to, co jeszcze nienazwane – nadać miano rzeczom, przedmiotom i zjawiskom, których jeszcze wczoraj nie było. Język odzwierciedla więc próby zapanowania nad postępem i „ogarnięcia” go, co kończy się słowotwórstwem na niespotykaną skalę. Czasem to działało. Przykładowo, gdy w 1948 r. trzeba było nadać nazwę wiekopomnemu wynalazkowi tranzystora, kilka mądrych głów z Bell Laboratories wystosowało swoje propozycje, z których wybrano najlepszą. Innym razem – nie działało (w trosce o czystość polszczyzny zaproponowano swego czasu, by zamiast określenia „mysz komputerowa” stosować karkołomny „manipulator stołokulotoczny”).

Współczesnemu użytkownikowi nowoczesnych technologii do opisywania rzeczywistości nie jest już potrzebne „mędrca szkiełko i oko”. Wręcz przeciwnie, to od najmłodszych adeptów komputeryzacji, wychowanych w erze wszechobecnego internetu, starsi się uczą, jak posługiwać się zdobyczami techniki i jak o nich mówić. Problem w tym, że im więcej jest pojęć do poznania i zapamiętania oraz im więcej informacji i komunikatów sami generujemy, tym mocniejszą odczuwamy potrzebę do ułatwiania sobie życia. Stąd m.in. ewolucja słowa: aplikacja – od angielskiego application, przez app, po „apkę” – neologizm spotykany już nawet w prasie drukowanej.

Idąc tym tropem - już nie aktualizujemy oprogramowania, tylko je apdejtujemy. Producenci nie usuwają w nim luk, tylko je paczują - to łatwiej powiedzieć i napisać, niż użyć polskich odpowiedników. Dobrze, gdy konsekwencją uproszczenia formy przekazu jest lepsze zrozumienie jego treści przez odbiorcę. Gorzej, gdy jest nią spłycanie treści wiadomości. Niestety opisane przykłady informatycznej nowomowy spłycają przekaz i jednocześnie utrudniają jego zrozumienie.

Podobno w zasobie słownikowym przeciętnie wykształconego człowieka znajduje się kilkanaście tysięcy wyrazów. Ciekawe, ile z nich to neologizmy, obcojęzyczne naleciałości i technoskróty. Ale to już temat do badań kulturowo-językoznawczych.


Zobacz również