Trzy gracje

Byłem ostatnio u znajomych na kolacji. Okazję do spotkania dostarczył przyjazd wspólnej koleżanki, której nie widzieliśmy przez kilka lat. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa w pewnym momencie ktoś przypomniał sobie, że dobrze byłoby zrobić pamiątkowe zdjęcie. Prawie jak na komendę trzy spośród pięciu obecnych pań wyjęły z torebek aparaty i zaczęły strzelać.

Byłem ostatnio u znajomych na kolacji. Okazję do spotkania dostarczył przyjazd wspólnej koleżanki, której nie widzieliśmy przez kilka lat. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa w pewnym momencie ktoś przypomniał sobie, że dobrze byłoby zrobić pamiątkowe zdjęcie. Prawie jak na komendę trzy spośród pięciu obecnych pań wyjęły z torebek aparaty i zaczęły strzelać.

Damska torba, nie wiadomo czemu nazywana pieszczotliwie torebką, potrafi zawierać wiele. Kiedyś w latach siermiężnego socjalizmu pełniła rolę sakwy zaopatrzeniowca, zawsze gotowej na przyjęcie dodatkowego ładunku. Nie powinna więc była mnie zdziwić zawartość torebek i tym razem. To co mnie naprawdę zaskoczyło, to stwierdzenie, że dwie panie używały aparatów cyfrowych. Urządzenie, które jeszcze niedawno było marzeniem osób lubujących się w nowinkach technicznych, niemalże dosłownie trafiło pod strzechy.

Zresztą nie bez powodu. Gdy już oswoiliśmy się z trzaskiem i miganiem fleszy, okazało się, że jedna z pań aparat swój nabyła dwa dni wcześniej i jeszcze nie zdążyła przeczytać całej instrukcji. Na to inna pani, skądinąd moja własna żona, oświadczyła, że jej instrukcja jest strasznie gruba i jak kończy ją czytać, to już zapomina, czego nauczyła się na początku.

Obie jednak pionierki technologii cyfrowej zgodnie oświadczyły, że nieuświadomienie w arkanach technologicznych wcale im nie przeszkadza w uzyskiwaniu pożądanych efektów artystycznych.

Następnie wdały się w dyskusję na temat temperatury światła, ustawiania białego punktu oraz wyższości lampy błyskowej z tzw. przedbłyskiem nad lampą tradycyjną, która - jak wiadomo - powoduje efekt czerwonych oczu. Wbrew pozorom trzecia pani wcale nie czuła się gorsza, tylko od razu poprosiła o przesłanie najlepszych zdjęć poprzez pocztę elektroniczną, najlepiej zaraz wieczorem. Przy tej okazji dyskusja zmieniła kierunek na mężów, którzy wreszcie okazali się do czegoś potrzebni, albowiem mogą zainstalować najnowsze oprogramowanie, a w razie czego można im zabrać kartę pamięci, najlepiej tę największą. W takim tonie nonszalancji i pogardy dla niuansów technologicznych pławiliśmy się jeszcze czas jakiś, aż wreszcie doszliśmy do momentu oglądania zdjęć z wakacji.

Wtedy okazało się, że nie ma to jak tradycyjna technologia film-papier. Wprawdzie w trakcie niezapowiedzianej sesji fotograficznej pokazywano sobie co śmieszniejsze ujęcia wprost na ekranikach, ale gołym okiem było widać wyższość małego kartonika nad najlepszym nawet ekranem ciekłokrystalicznym. Nie mam wątpliwości, że producenci sprzętu fotograficznego szybko wypełnią tę lukę, albowiem w fotografii amatorskiej pokazywanie zdjęć jest prawdopodobnie ważniejsze od samego aktu ich robienia. Wyobrażam sobie, że ekranik LCD o wymiarach pocztówki i rozdzielczości obrazu telewizyjnego (powiedzmy 640x480 pikseli), z wtykiem do karty pamięci oraz z własnym zasilaniem z baterii byłby przebojem rynkowym, szczególnie wśród damskiej części populacji.

Zresztą może się mylę, bo to przecież panowie lubią sobie w biurze stawiać zdjęcia ukochanej, a potem także i dzieci. Dla nich już zrobiono takie wyświetlacze w postaci sześcianów, których pięć ścian może pokazywać zmienne zdjęcia. Jeśli jednak zajrzymy do portfeli, to okaże się, że prawie wszyscy noszą zdjęcia partnerów, dzieci, znajomych, przyjaciół.

Nie śmiem marzyć o elektronicznych portfelach, integrujących funkcję cyfrowej kamery, podręcznego banku i telefonu komórkowego z organizatorem. Nim jednak takie monstra pojawią się na rynku, w co szczerze powątpiewam, widzę jasną przyszłość dla producentów drukarek oraz glansowanego papieru, który będzie utrwalał wydruki ku pamięci następnych pokoleń. Namawiam też moją żonę, aby nie pozbywała się wszystkich zdjęć, które jej się nie podobają. Nośniki CD-R są dziś bardzo tanie, a kto wie, czy za pięćdziesiąt albo sto lat nasze wnuki nie będą roztkliwiały się nad poruszonymi zdjęciami z początku wieku. To nic, że kolory będą bez sensu, to nic że ostrość nie zawsze została utrafiona, wreszcie nikomu nie będzie przeszkadzało złe kadrowanie. To będą jedyne namacalne pamiątki z czasu wielkiego śmieciowiska, gdy każda rzecz starsza niż kilka lat ląduje w koszu. Zresztą już dziś można się przekonać, jak amatorskie ujęcia świetnie znoszą próbę czasu. Niedawno znajomy znalazł stare zdjęcia filmowe, robione gdy był jeszcze w szkole. Jakoś o cudzie technologii, udało się przekopiować tych kilka rolek na DVD i okazało się, że żadne najnowsze przeboje nie cieszą się taką popularnością, jak te kilkanaście minut zatrzymanego czasu.

W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy romantyczni i nostalgiczni, dlatego pstrykamy zdjęcia i kręcimy pamiątki z komunii oraz wesela, choć nie są to arcydzieła sztuki filmowej.

Kto wie, może w przyszłości te właśnie nieporadne próby będą jedynymi świadkami naszych czasów. Na pewno jednak im więcej materiałów zdjęciowych zachowa się, tym większa szansa, że wśród nich odnajdzie się coś równie ciekawego jak niegdysiejsze pamiętniki i wspomnienia. A więc pstrykajcie, miłe panie, pstrykajcie aż do bólu palca wskazującego. Może zachowacie historię nie tylko swoją, ale także nas wszystkich.

<hr noshade size="1">Kuba Tatarkiewicz dziennikarz komputerowy i lokalizator czcionek, użytkownik Maców od 1985 roku. Obecnie pracuje jako szef grupy komputerowej w Laboratorium Fizyki Jądrowej Uniwersytetu MIT.


Zobacz również