Ucieczka z Bostonu

Ilu pracowników Apple'a potrzeba do wkręcenia żarówki? Siedmiu: jeden wkręca żarówkę, sześciu pozostałych projektuje koszulki.

Ilu pracowników Apple'a potrzeba do wkręcenia żarówki? Siedmiu: jeden wkręca żarówkę, sześciu pozostałych projektuje koszulki.

Ilu felietonistów potrzeba do napisania felietonu? Co najmniej dwóch. Albo jednego schizofrenika. Bo tylko w ten sposób może powstać tekst zawiły, pełen meandrów i sprzeczności wewnętrznych - słowem felieton. Niestety, muszę sobie radzić sam. Mam nadzieję, że projekt koszulki redakcja digiĎa już mi odpuści :-).

1997 Upalny sierpień 1997 r. Mac-World Expo w Bostonie. Gorąco było nie tylko od słońca. Akcje Apple Computer leciały na łeb, na szyję. W mediach dosłownie co kilka dni pojawiały się pogłoski o upadku firmy albo jej przejęciu. Wprawdzie od kilku miesięcy zarządem Apple'a kierował Gilbert Amelio, w branży znany ze szczęśliwej ręki do stawiania na nogi upadających firm, ale poza drastycznymi stratami związanymi z porządkowaniem finansów nie widać było żadnych spektakularnych efektów doktora Amelio. Jabłko gniło.

Do Apple'a wrócił też Steve Jobs, jeden z założycieli firmy. Tyle że oficjalnie w firmie nie pełnił żadnej funkcji - może dlatego że nawet w Apple'u nie ma etatu dla boga, a tak właśnie traktowano Jobsa. Formalnie był prezesem studia Pixar, którego akcje po premierze filmu animowanego "Toy Story" poszybowały w górę tak mocno, że Jobs z dnia na dzień stał się miliarderem i zapewniał, że jego pasją jest animacja filmowa, nie reanimacja firmowa. Nikt nie wiedział, co Jobs robi w Apple'u ani co z tego wyniknie. Wiadomo było tylko, że ma przemówić na otwarciu MacWorld Expo.

6 sierpnia rano trzy ogromne sale budynku The Castle, gdzie miał wygłosić przemówienie, szturmował tłum. - Jestem tu po to, by zdać wam raport, co dzieje się z Apple'em - zaczął Jobs, uciszając okrzyki rozentuzjazmowanych fanów. - Nie ma co owijać w bawełnę: Apple ma ogromne problemy.

To wiedzieli wszyscy. Prawdziwy szok słuchacze przeżyli wtedy, gdy Jobs przedstawił sposób na wyjście z dołka: sojusz z Microsoftem. Za 150 mln USD Microsoft kupił sobie pokój prawny z Apple'em, obiecując w zamian pisanie programów na Macintosha. Kiedy na telebimie pojawiła się wielka twarz Billa Gatesa, krzykom i gwizdom nie było końca. Przyszłość pokazała jednak, że Jobs miał rację. Choć zapewne Jobs nie zna cytatu z "Zemsty" - "Zgoda, zgoda, a Bóg wtedy rękę poda!" - to sprawdził się on co do joty. Apple wyszedł z okopów, porzucił getto, które samo sobie stworzył. Niespełna rok później pojawił się iMac i czarne wizje końca Apple wzięły w łeb.

1999 Tropikalnie upalny i wilgotny lipiec w Nowym Jorku. Wystarczy wyjść na ulicę, by koszula od wilgoci kleiła się do ciała. W Javits Center Steve Jobs ma wygłosić przemówienie na otwarcie MacWorld Expo. Tym razem wszyscy oczekują premiery taniego laptopa. Kiedy Jobs w końcu pokazuje iBooka niemal głuchnę od gwizdów i krzyków. Kolejne wyjście z getta niemocy: laptop może być dobry i niedrogi. Przy okazji premierę ma AirPort - bezprzewodowa sieć, która pozwala wyrwać się z plątaniny kabli. Dziś, po dwóch latach, zaczyna się prawdziwy boom na sieci bezprzewodowe w tej technologii. I można do nich podłączyć każdego współczesnego Macintosha. Wyjście z getta opłaciło się po stokroć.

2001 Tym razem lipcowy Nowy Jork jest tylko upalny. Wilgotność w normie (choć prawdziwej sauny będzie mi dane doświadczyć już za kilka dni). Kolejka w Javits Center jakby mniejsza - może dlatego że wchodzimy najszerszym wejściem. Tym razem przemówienie Steve'a Jobsa odbywa się w kiepskim czasie: światowa gospodarka ma się nie najlepiej, branża informatyczna i sieciowa wciąż pogrążona w kryzysie. - W tych ciężkich czasach niektórzy oszczędzają, zwalniają ludzi. My przyjęliśmy inną strategię - strategię innowacji - mówi Jobs.

Nowości sprzętowych nie ma tym razem zbyt wiele, niemal całe wystąpienie poświęcone jest nowemu systemowi Apple'a - Mac OS-owi X. W czasie prezentacji nie obyło się bez wpadek - odtwarzacz DVD dopiero za drugim razem zaczął odgrywać ulubione "Toy Story" Jobsa, a aparat cyfrowy powędrował z hukiem na podłogę, bo nie chciał się połączyć z Macintoshem. Ale już taki to urok wersji beta. Tu przynajmniej nie pokazał się niebieski ekran jak kiedyś przy podłączaniu skanera USB do innego systemu.

Mac OS X to kolejne wyjście z getta: system jest tak przyjazny i ładny, jak dotychczasowy Mac OS, a jednocześnie oparty na standardowym Unixie. W pewnym sensie Apple powtarza historię z początku lat 80., kiedy to postanowił "uczłowieczyć" komputery, straszące czarnymi ekranami i rzędami zielonych lub białych znaczków. Lisa, a później Macintosh pokazały inną, uśmiechniętą twarz maszyny. Teraz interfejs Aqua ma udowodnić, że Unix da się lubić.

Historia branży komputerowej dowodzi, że aby przetrwać, nie można się zamykać w getcie. PC opracowany na początku lat 80. przez IBM wygrał z wszechobecnym wówczas Apple II nie dlatego że był lepszy (bo nie był), ale dlatego że był konstrukcją otwartą. Gorszy pieniądz wypiera lepszy. Ale od tamtego czasu Steve Jobs sporo się nauczył. I choć użytkownicy Macintoshy zżymali się na to, że Apple stosuje pecetowe technologie, takie jak USB, IDE czy AGP, to czas pokazuje, że "ucieczka z Bostonu" była słusznym posunięciem. Dzięki temu pewnie w ogóle mamy jeszcze Macintoshe. I niby wszystko w nich standardowe, ale kto by się zamienił na równie standardowego peceta?

Ilu użytkowników Windows potrzeba do wkręcenia żarówki? Jednego. Ale kiedy już się z tym namęczy i naprzeklina - będzie przysięgał potem, że zmieniało mu się żarówkę równie prosto, jak użytkownikowi Macintosha.

Dariusz Ćwiklak jest dziennikarzem "Gazety Wyborczej". Jego wielką pasją są Macintoshe; ma nadzieję, iż dzięki felietonom w digicie otrzyma zniżkę na wymarzonego PowerBooka G4 Titanium. Redakcja uważa, że może stać się przeciwnie.


Zobacz również