Viagra wzmaga. Także bałagan

Nie należę do osobników szczególnie pedantycznych. Gorzej, ku utrapieniu swoich bliskich w ogóle niespecjalnie dbam o porządek (ale tak jak obiecałem, do końca roku przejrzę tę stertę papierów na stole, wyrzucę, co niepotrzebne, a to, co może mi się przydać, przeniosę w bardziej odpowiednie miejsce).

Nie należę do osobników szczególnie pedantycznych. Gorzej, ku utrapieniu swoich bliskich w ogóle niespecjalnie dbam o porządek (ale tak jak obiecałem, do końca roku przejrzę tę stertę papierów na stole, wyrzucę, co niepotrzebne, a to, co może mi się przydać, przeniosę w bardziej odpowiednie miejsce).

Także zawartość dysku mojego komputera woła o pomstę do nieba. Najgorzej jest ze skrzynką pocztową. W samej przegródce Inbox (a są przecież i inne) mam prawie tysiąc nieprzeczytanych maili, w tym sporo sprzed roku i starszych (mam nadzieję, że ci, co piszą do mnie maile, nie czytają tego felietonu). Przeczytanych i pewnie już do niczego niepotrzebnych - kilkanaście razy więcej.

Pewnie nawet fajnie byłoby mieć je wszystkie poukładane, wyczyszczone i zarchiwizowane, tak jak ma to zrobione inny felietonista digita, Kuba Tatarkiewicz (jeśli należysz do tych, którzy zawsze przeglądają gazety od końca - co zapewne wynika z nietypowych połączeń prawej i lewej półkuli mózgowej, a co amerykańscy naukowcy odkryją zapewne nie dalej niż za pół roku - zachęcam do zajrzenia także na początek tej gazety). Pan Kuba był kiedyś łaskaw przedstawić w swojej rubryce sposoby ogarnięcia całego tego rozgardiaszu i zapewniał, że po pewnym (jak mniemam, niezbyt długim) czasie wszystkie stare pliki, a także maile przenosi na płyty CD. Tak, są to uczynki piękne i ze wszech miar godne naśladowania, ale moja natura jest po prostu inna (pewnie też coś pomiędzy półkulami). Zawsze szkoda mi było czasu na katalogowanie i archiwizowanie starych listów. Kiedy program pocztowy zaczynał się krztusić, zwiększałem mu przydział pamięci albo wyrzucałem tysiąc lub dwa najstarszych listów i po kłopocie. Owszem, zdarzało mi się potem płakać po wyrzuconym mailu, który nagle okazywał się potrzebny, ale zwykle moja żałość po stracie trwała krócej niż wypalenie dysku.

Zresztą moja motywacja w kwestii dbałości o porządek w skrzynce pocztowej stale spada, a to z powodu listów, których nie oczekuję i dostawać nie chcę, a które zwykle mają nagłówki w rodzaju "Make bucks effortlessly" (Zarabiaj dolce bez wysiłku), "Penis enlargement pills" (Tabletki na powiększenie penisa) albo "Free premium XXX site" (Darmowe pornostrony superjakości). Ten rodzaj dyskomfortu przy przeglądaniu poczty elektronicznej zna każdy jej użytkownik. I, niestety, filtry przeciwspamowe - choć coraz lepsze - niewiele pomagają, a efekty ich działania i tak trzeba sprawdzać. Kiedyś na serwerze dostarczającym mi pocztę, zainstalowano pewien program, który m.in. wycinał maile z literami XXX. Po pewnym czasie okazało się, że nie dostaję maili od kogoś, kto oddzielał kolejne akapity tymi trzema literkami.

Ciągłe odkrywanie nowych reklam viagry w skrzynce pocztowej musi być wkurzające. Ale czy zastanawialiście się, jak wkurzające musi to być dla firmy Pfizer, która produkuje tabletki, po których "ona będzie cię chciała tak mocno, jak nigdy dotąd" (to właśnie ze spamerskiego maila), a która z wysyłaniem spamu nie ma nic wspólnego? Dlatego Pfizer, zalewany skargami, w których oskarżany jest o rozsyłanie spamu, właśnie wystartował z kampanią bannerową w Internecie. Wyjaśnia w niej, że firma nie wysyła nikomu reklam cudownych tabletek i ostrzega przed podejrzanymi sieciowymi aptekami.

Fachowcy od marketingu Pfizera zauważyli, że spam nie tylko niszczy wizerunek ich firmy. Spam wymusza także wybranie odpowiednich sposobów komunikacji z klientami. Szefowie Pfizera zapewniają, że aby dotrzeć do klientów, nie wykorzystają maili, bo w większości zostałyby one zablokowane przez programy filtrujące spam. Podobnie muszą myśleć fachowcy od komunikacji z innych firm, które - jak banki - są w jeszcze gorszej sytuacji, bo po pierwsze Internet jest naturalnym polem ich działania, a po drugie spamerzy narażają na poważne straty ich i ich klientów. I to nie tylko straty wizerunkowe. Dlatego wątpię, by mój bank, choć przecież zna mój adres mailowy, zdecydował się kiedykolwiek wysłać mi list via Internet.

Ale spam nie tylko zmienia strategię komunikacyjną firm. Zmienia także nasze nawyki w korzystaniu z Internetu i poczty elektronicznej. Sam - jak wyznałem - rozgrzeszam się z bałaganu w mojej skrzynce, bo nie sposób utrzymać w niej porządek, kiedy zalewa nas spam.

Ale ze śmieci żyją nie tylko spamerzy. Ciągle przybywa firm, oferujących programy i usługi, które mają zwalczać spam. Według ich szacunków, trzy z czterech listów przesyłanych siecią to śmieci. Szum jest zatem mocniejszy niż informacja. A co będzie, gdy odsetek spamu przekroczy 90 proc.? A gdy od 100 proc. będzie go dzielić tylko ułamek procentu? Kto wtedy będzie mógł utrzymać porządek w swojej skrzynce? I czy poczta elektroniczna będzie wtedy jeszcze komukolwiek potrzebna? A jeśli nawet tak, to czy ktokolwiek będzie chciał utrzymywać serwery, które przekazują śmieci, a nie informacje?


Zobacz również