W kinie: "Agent XXL"

Można się pośmiać, choć niektóre kawały są niewybredne i bardziej wrażliwym osobom nie przypadną do gustu.

Można się pośmiać, choć niektóre kawały są niewybredne i bardziej wrażliwym osobom nie przypadną do gustu. Martin Lawrence („Diamentowa afera”, „Bad boys”) jest agentem FBI i służbowo wciela się w rolę starszej pani, której głównym wyróżnikiem jest duża masa. Cała sprawa ma, jak to zwykle bywa, podłoże kryminalne – chodzi o miliony dolarów zagarnięte podczas napadu na bank. FBI podejrzewa piękną Sherry (Nia Long) o przetrzymywanie łupu, a całości dopełnia fakt, że jej ekschłopak – sprawca napadu – uciekł z więzienia i ściga ją zawzięcie po całym kraju.

Niewielkie nakłady na produkcję nie przeszkadzają „Agentowi XXL” skutecznie konkurować w USA o widzów z gigantami typu „M:I-2” czy „Gladiatorem”. Ciekawostką jest fakt, że Lawrence wciela się w autentyczną osobę, widzimy nawet na ekranie przygotowania i charakteryzację agenta.

Mimo kilku ciężkich żartów, całość jest dość pogodna, wesoła i... familijna. Jak zwykle w produkcjach hollywoodzkich występuje też wątek miłosny (i to niejeden), dodatkowo rozgrzewający atmosferę.


Zobacz również