W kinie: "Gniew oceanu"

Poszedłem do kina ciekaw, czy George Clooney znowu (po "E.R." i "Złocie pustyni") popisze się lekarskimi umiejętnościami, i nie rozczarowałem się. Dzielny kapitan kutra na mieczniki (czy może być coś piękniejszego w życiu?) zszył ranę członkowi swej załogi, który o mały włos nie stracił nogi po inwazji rekina na pokład "Andrei Gail".

Poszedłem do kina ciekaw, czy George Clooney znowu (po "E.R." i "Złocie pustyni") popisze się lekarskimi umiejętnościami, i nie rozczarowałem się. Dzielny kapitan kutra na mieczniki (czy może być coś piękniejszego w życiu?) zszył ranę członkowi swej załogi, który o mały włos nie stracił nogi po inwazji rekina na pokład "Andrei Gail". Wypadek ten miał miejsce podczas rejsu zarobkowego, gdy załoga łowiła pieniądze w okolicach wyspy Sable. Kiedy połów po raz kolejny okazuje się bezowocny, płyną aż do odległego Flemish Cap, niewiele robiąc sobie z niekorzystnych prognoz meteorologów. Ci panowie z telewizora dość często się mylą, lecz nie tym razem... i w ten sposób rozkręca się największy w dziejach sztorm, powstały w wyniku połączenia trzech dużych huraganów w jeden żywioł.

Film dzięki ilościom rozlanej wody i burzom (bynajmniej nie w szklance wody) zapewnia długotrwałe uczucie świeżości, tak pożądane tego lata. Rewelacyjny dźwięk wszechogarniającego oceanu i kolejne fale uderzające w oparcie naszego fotela mogą spowodować psychiczne utonięcie. Polecam wszystkim, którzy nie cierpią na wodowstręt.


Zobacz również