Wardriving dla każdego

Tysiące artykułów, setki przemądrzałych wykładów, dziesiątki mapek z zaznaczonymi hot-spotami i... jeden użytkownik. Wardriving, zabawa w jeżdżenie i wykrywanie dostępnych publicznie sieci bezprzewodowych to prawdziwa frajda. Niestety, niewiele z tej frajdy zostaje w suchym tekście - a z takimi miałem dotychczas do czynienia. Brakowało mi kopnięć adrenaliny czy jakiegokolwiek wczucia w przeżywaną akcję. Dlatego postanowiłem sprawdzić, ile trzeba, żeby awansować do elitarnego klubu wardriverów. Wziąłem laptopa, kartę Wi-Fi i ruszyłem na podbój miasta. $Jak myślisz, udało mi się wykryć również Twoją sieć?$

Kilka lat temu przenośny komputer był poza zasięgiem większości Polaków, a sieci bezprzewodowe stanowiły drogą, niezbyt popularną nowinkę techniczną. Dziś - jak to się zwykle dzieje w świecie nowych technologii - świat stanął na głowie: używanego laptopa można kupić już za kilkaset złotych, a cena karty Wi-Fi wynosi tyle samo, co cena dobrej karty przewodowej. Wardriving stał się tańszy od kolarstwa górskiego, tenisa stołowego czy nawet wędkowania - teraz już rozumiecie, dlaczego zamiast moczyć kije w wodzie, zdecydowałem się na przejażdżkę po mieście.

"Bez młota to nie robota", czyli hardware

W akcji bierze udział stareńki już laptop napędzany procesorem Pentium II 366 MHz i wyposażony w 256 MB RAM-u. Mogło to być coś innego, ale uznałem, że dużo ciekawiej będzie pojeździć po Warszawie z czymś, co jest w zasięgu każdego użytkownika (koszt laptopa zbliżony jest do ceny trzech trabantów). Miałem przy okazji możliwość sprawdzić, czy tak wiekowy notebook poradzi sobie z obsługą wszystkich aplikacji (zgrywanie wideo!), wykrywaniem sieci bezprzewodowych itd.

Mój pupilek: Actiontec Wireless (802.11b)

Mój pupilek: Actiontec Wireless (802.11b)

Drugim elementem była odpowiednia karta Wi-Fi. Jako że ten leciwy komputer pracuje zwykle pod kontrolą systemów alternatywnych do Windows, musiało to być coś starego i dobrze obsługiwanego przez aplikacje. Mój wybór padł na kartę PCMCIA firmy Actiontec pracującą pod kontrolą chipsetu Prism 2.5 (koszt: ok. 100 zł, dostępna tylko z drugiej ręki). Nie jest to może szczyt marzeń w zakresie szybkości (jedynym obsługiwanym standardem jest 802.11b), ale powodów do narzekania nie mam, a pod względem kompatybilności karta ustępuje tylko słynnym kartom Orinoco.

Trzecim, dodatkowym uczestnikiem imprezy, był odbiornik GPS. Tutaj przetestowałem trzy urządzenia firmy Garmin: bajońsko drogiego - GPSMAP 76 C (ok. 2500 zł, uzyskanego dzięki uprzejmości firmy Excel Systemy Nawigacyjne), nieco tańszego - GPSMAP 60 C (ok. 2300 zł, uzyskanego dzięki uprzejmości firmy AutoID Polska) oraz taniego - eTrex Legend (600-700 zł). Ten ostatni, ze względu na niewielkie rozmiary, okazał się najwygodniejszy w transporcie, choć zdarzało mu się zgubić sygnał, gdy niebo zasłoniła mu moja ręka albo grubsza warstwa dachu samochodu.


Zobacz również