Współpracownik PAP pomylony ze Snowdenem. Musiał zaśpiewać hymn

Korespondent Polskiej Agencji Prasowej będąc w drodze do Chin przeżył interesującą przygodę na lotnisku Szeremietiew: został wzięty przez specsłużby za Snowdena. Gdyby nie znajomość "Mazurka Dąbrowskiego"...

Serwis natemat.pl opublikował wywiad z Andrzejem Borowiakiem, korespondentem PAP w Chinach, którego kilka tygodni temu spotkała interesująca przygoda podczas lądowania na lotnisku Szeremietiew. Przesiadając się do samolotu lecącego do Hongkongu został on bowiem pomylony przez rosyjskie służby (niestety nie wie jakie) z...Edwardem Snowdenem. Po wstępnym, króciutkim przesłuchaniu w samolocie poproszono go o jego opuszczenie. Trafił następnie w ręce "specjalistów", którzy usiłowali ustalić, czy faktycznie jest Polakiem, a nie poszukiwanym przez USA zdrajcą chcącym przedostać się z powrotem do  Hongkongu.

Jakie zastosowali metody? Krótko mówiąc...geograficzne. Borowiak musiał bowiem odpowiadać na pytania dotyczące rzek w Polsce, a następnie naszych "grodów". Po wymienieniu kilku miast i wspomnieniu, że pochodzi z grodu Kopernika, czyli Torunia, otrzymał dodatkowe pytanie na temat znajdujących się w pobliżu innych grodów. Następnie przesłuchującemu coś się przypomniało i zadał pytanie "dociskające":

- "A Grudziądz? Gdzie jest Grudziądz?"

Kandydat na szpiega potrzymał go chwilę w niepewności, lecz i z tą odpowiedzią sobie poradził. Koniec końców obronił swoje polskie korzenie zaśpiewaniem "Mazurka Dąbrowskiego", co pozwoliło mu szczęśliwie dolecieć do Chin. Przyznał jednak, że w pewnym momencie miał chęć podszyć się pod Snowdena, lecz powstrzymała go przed tym obawa o przewożone polskie przysmaki (biały ser, śmietana...) oraz zwrot kosztów za bilet.

Pełny wywiad (również zdjęcie Andrzeja Borowiaka): http://natemat.pl/

_________________________

No cóż, aż strach pomyśleć, co by się stało z Panem Andrzejem, gdyby nie studiował przez pół roku geografii...


Zobacz również