Za używanie nazwy 'Linux' przyjdzie słono płacić?

Jak donosi Sydney Morning Herald, niemal 100 australijskich firm używających znaku towarowego Linux, zostało listownie poproszonych o wniesienie opłat licencyjnych. Choć początkowo wszystkie korporacje potraktowały to jako żart, wkrótce okazało się, że rzeczywiście pozarządowa organizacja Linux Australia zażądała takich opłat.

Dyrektor zarządzający Linux International, Jon "Maddog" Hall potwierdza, że za używanie nazwy Linux, niektóre australijskie firmy będą musiały zapłacić po 5000 USD. - "Nie chodzi o odcinanie kuponów od działalności innych, ani o ograniczenie możliwości używania nazwy Linux. Mamy na celu jedynie upewnienie się, że produkty oferowane pod tą marką są najwyższej jakości" Hall podkreślił także, że nie ma planów i możliwości na wprowadzanie opłat za korzystanie z kodu jądra Linuksa. Chodzi jedynie o to, by nazwa nie była wykorzystywana do promocji niskiej jakości oprogramowania i sprzętu.

Aby chronić prawa do marki, Linux International powołało na terenie USA Linux Mark Institute. W innych krajach, zajmować się tym mają specjalnie powołane lub wybrane grupy. Jedną z nich jest Linux Australia, która przygotowała i wysłała rzeczone listy do 90 australijskich firm, które wykorzystują nazwę do promocji komercyjnych produktów.

Komentuje dr Tomasz Barbaszewski, prezes ABA Kraków,

Sama sprawa jest dość bulwersująca, a inicjatywa LINUX Australia wzbudziła i wzbudzi zapewne jeszcze sporo emocji. Jak zwykle w wątpliwych przypadkach warto zajrzeć do źródła czyli na stronę Linux Mark Institute Wyróżniono tam wyraźnie dwa sposoby wykorzystywania znaku LINUX - Fair Use oraz wykorzystanie komercyjne. Wystarczy sprawdzić te warunki, a okaże się, że zgodę na wykorzystywanie znaku LINUX należy uzyskać w przypadku, gdy w znaku towarowym (podano przykład SuperDooper LINUX), pojawia się jako człon nazwa LINUX. Linux Mark Institute (LMI) uważa, że w takim przypadku nazwa LINUX jest użyta do promocji firmy, produktu lub usługi i za takie jej użycie należy wnieść opłatę licencyjną. Nie ma to nic wspólnego z wykorzystywaniem samego systemu. LMI zaleca także, aby użycie słowa LINUX traktować jako uprawnione użycie znaku towarowego, a więc ze znaczkiem ® oraz umieszczać w miarę możliwości informację, że właścicielem praw do tego znaku jest Linus Torvalds. Osobiście nie wydaje mi się, aby te wymagania były wygórowane.

Również i w Polsce mamy (lub mieliśmy) do czynienia z łączeniem słowa LINUX z nazwą produktu lub firmy. I bynajmniej nie chodzi tu o nazwę technologii lub wykorzystywanego systemu operacyjnego. Jest to po prostu wprowadzenie nazwy LINUX jako członu innej nazwy własnej w celach promocyjnych. W innym artykule w tej samej gazecie z Sydney (David Braue, 16 sierpień 2005) podano przykład serwisu pornograficznego linuxchix.com, który stał się jednym z powodów założenia LMI. Osobiście uważam, że stanowisko LMI jest słuszne, i użycie znaku LINUX w celach komercyjnych jako elementu nazwy produktu, usługi lub firmy służy celom komercyjnym i tak też powinno być traktowane. Co innego w przypadku nazwy technologii lub nazwy własnej wykorzystywanego systemu - takie wykorzystanie jak najbardziej mieści się w normach "Fair Use". A tak w ogóle wielkie firmy tego Świata, które najpierw wysmiewały się z idei wolnego oprogramowania (OpenSource) coraz częściej je stosują - i popadają szybko w kłopoty prawne. Dość przypomnieć przykład IPtables na ostatnim CEBICIE, które to wydarzenie było szeroko komentowane przez prasę. Większość producentów nie tylko "zapomniało" o obowiązku zachowania otwartości oprogramowania (chodzi o oprogramowanie objęte licencją GPL), lecz nawet o podaniu informacji o jego autorze! Niestety, w wielu przypadkach taka praktyka jest stosowana nawet przez wielkie korporacje międzynarodowe. A wystraczy przecież sprawdzić www.gnu.org.pl, aby zapoznać się z warunkami licencji GPL. Zabraniają one wyraźnie włączania oprogramowania otwartego do zamkniętego oraz wymagają (przynajmniej deklaratywnego) udostępnienia kodów źródłowych. Nie czyniąc zadość warunkom tej licencji po prostu przekraczamy prawo i narażamy się na odpowiedzialność karną. Zainteresowanych odsyłam do książki znakomitych autorytetów prawnych z Instytutu Praw Autorskich UJ - Prof. Janusza Barty i Ryszarda Markiewicza "Oprogramowanie Open Source w świetle prawa - między własnością a wolnością". Niezależnie od wywodów prawnych jedna sprawa wydaje się dla mnie oczywista - jeśli korzystamy z wyników cudzej pracy, które udostępniono nam w dodatku nieodpłatnie należy powołać się na jej autorów i spełnić warunki, na jakiej ją nam udostępnili...

Więcej informacji: The Sydney Morning Herald i Linux Australia

Aktualizacja: 23 sierpnia 2005 15:37

Tekst zaktualizowany został o komentarz dr Tomasza Barbaszewskiego, prezesa firmy ABA Kraków, zajmującej się między innymi dostawą oprogramowania i rozwiązań opartych o system Embedded Linux na rynku Polskim.


Zobacz również