Żywność w centrum konfliktu

Zambia odrzuciła apel ONZ o rozprowadzenie żywności modyfikowanej genetycznie mimo, że jest nękana klęską głodu. Wydarzenia następnych dni pokazały, że kwestia żywności stała się ogniskiem wielkiego konfliktu ekonomicznego.

Apel ONZ został ogłoszony w ubiegły piątek i został poparty orzeczeniem FAO i WHO, że żywność ta jest bezpieczna. Przedstawiciel Światowego Programu Żywnościowego James Morris powiedział, że organizacja ta nie ma możliwości dostarczenia środków na wyżywienie głodujących bez użycia produktów z pewną zawartością biotechnologiczną. Wcześniej (w środę) Departament Stanu wezwał Unię Europejską, aby pomogła Amerykanom przekonać rządy afrykańskie o walorach tej żywności i o konieczności jej natychmiastowego dostarczenia najbardziej potrzebującym.

Wiadomość o zambijskiej odmowie podała w niedzielę agencja Associated Press. Oburzenie Zachodu na niewdzięczność adresatów "pomocy" wybuchło jednak na krótko, ponieważ z godziny na godzinę wyjaśniał się sens uzasadnienia dołączonego do komunikatu. Wyjaśniło się na przykład, że dostawy mają zawierać także ziarno siewne. Gdyby Afryka zgodziła się na upowszechnienie takich upraw, zamknęłaby sobie ostatecznie drogę eksportu swych płodów rolnych na rynki Europy i wielu innych krajów, gdzie obowiązują surowe ograniczenia wobec produktów modyfikowanych genetycznie.

Według danych przytoczonych przez The Economist (22.08.2002) entuzjazm wobec transgenicznych produktów rolnych panuje w Ameryce, Chinach, Indiach i Australii. Rzeczywiście rośliny takie są lepsze pod wieloma względami. Na przykład koszt uprawy bawełny modyfikowanej jest o 25% niższy, niż tradycyjnej, a jej odporność na szkodniki sprawia, że zużycie pestycydów spada sześciokrotnie. Mimo to Europejczycy mają dostatecznie wiele powodów, dla których prawie zupełnie zahamowali badania genomiczne, a rynek prawie zamknęli dla genetycznie modyfikowanych produktów.

Batalia o żywność rozgrywa się na szczycie w Johanesburgu. Afryka subsaharowa znękana zmianami klimatycznymi i doprowadzona do skrajnej nędzy przez tzw. liberalizację handlu światowego nie chce już więcej dawać się oszukiwać i nie chce "pomocy" w postaci taniej żywności, która rujnuje ich rodzime rolnictwo. Tak, jak zapowiadały kilka tygodni przed szczytem, kraje rozwijające oczekują wzajemnej liberalizacji, czyli dostępu do rynków krajów rozwiniętych. Oczekują przede wszystkim obniżenia subsydiów dla rolników w USA i UE, które powodują, że nie sposób z nimi konkurować.

Tymczasem USA rozgrywają swą partię konsekwentnie. The Guardian w poniedziałkowym wydaniu podsumowuje wolność handlu w wydaniu amerykańskim. Administracja Busha, uległa wobec potężnych lobby, uchwaliła niedawno ustawę farmerską, na mocy której subsydia dla rolnictwa wzrosną o 80% czyli do poziomu 8 mld USD rocznie. Koszty pokryją upadające plantacje ryżu w Wietnamie oraz eliminowani z rynku afrykańscy producenci bawełny i plantatorzy kukurydzy na Filipinach. Natomiast 3 korzyści trafi do kieszeni największych farmerów amerykańskich.

Podobnie z cłami na import z krajów rozwijających się, które są 5-7 razy wyższe, niż z krajów rozwiniętych. Na skutek tego np. Bangladesz, jedno z najbiedniejszych państw na świecie, płaci Ameryce cła prawie takie same, jak Francja należąca do krajów najbogatszych. Jedną z przyczyn afrykańskiej klęski jest to, że na skutek nacisków Światowej Organizacji Handlu i "propozycji nie do odrzucenia" ze strony Banku Światowego 17 tamtejszych krajów ma rynki bardziej otwarte, niż Europa i Ameryka.

Chicago Tribune dodaje, że całkowite subsydia rolne w krajach rozwiniętych sięgają już 300-350 mld USD rocznie. To więcej, niż cały dochód narodowy Afryki subsaharowej i sześciokrotnie więcej, niż całkowita "pomoc" dla krajów dotkniętych biedą.

Bogata Północ wytacza w Johanesburgu ciężkie od obłudy argumenty. Zarzuca biednym, że rozmowa ma dotyczyć pomocy żywnościowej, a biedni wykazują złą wolę zmieniając temat i domagając się rozmów o handlu, których akurat nie ma w porządku obrad. Jak na urągowisko w szczycie uczestniczą szefowie największych korporacji światowych, a gremium właśnie uchwaliło, że znaczna część "pomocy" będzie organizowana przez tzw. porozumienia publiczno-prywatne. Według obliczeń antyglobalistów, więcej skorzystają na tym firmy komercyjne, niż adresaci pomocy.


Zobacz również